Ktokolwiek wybrał się do kina na film "Melania", by zobaczyć filmowy dokument o pierwszej damie, powinien zażądać zwrotu pieniędzy. Film ma się bowiem do dokumentu tak jak materiał sponsorowany w
Ktokolwiek wybrał się do kina na film "Melania", by zobaczyć filmowy dokument o pierwszej damie, powinien zażądać zwrotu pieniędzy. Film ma się bowiem do dokumentu tak jak materiał sponsorowany w gazecie – opłacony i przygotowany przez klienta – do porządnie zrobionego dziennikarskiego materiału. Reżyser Brett Ratner podchodzi do swojej bohaterki nie jak dokumentalista, ale jak malarz dworski pragnący przedstawić na płótnie płacącą mu rodzinę królewską w możliwie najbardziej pochlebny dla niej sposób.
Dawni mistrzowie potrafili tworzyć arcydzieła także w tym gatunku – zachwycające techniczną precyzją, psychologiczną głębią, celnością obserwacji. Film Ratnera jest fatalny nawet jako portret dworski: nie ma tempa, struktury, rzeczywistych emocji, pomysłu na to, jak atrakcyjnie pokazać temat. Nie spełnia też swojej podstawowej funkcji: nie ociepla wizerunku bohaterki. Wynudzeni na tym po prostu nużącym filmie widzowie będą mieli dość obecnej pierwszej damy na długie miesiące.
Twórcy towarzyszą Melanii Trump w pierwszych dniach 2024 roku, do momentu ponownego oficjalnego objęcia urzędu przez jej męża. Pierwsze sceny wyglądają jak telenowela dokumentalna z życia bardzo bogatych gospodyń domowych: widzimy, jak Melania wybiera strój na inaugurację, planuje towarzyszące jej wydarzenia towarzyskie itd. Ostatnia jedna trzecia filmu pokazuje powrót Trumpów do Białego Domu z punktu widzenia bohaterki. Między tym widzimy pogrzeb prezydenta Cartera, spotkanie Melanii Trump z kobietą będącą zakładniczką Hamasu po atakach na Izrael z 2023 roku, rozmowy z Brigitte Macron.
Wszystko to ilustrują czytane z offu monologi Melanii, wyglądające jakby napisane zostały przez agencję PR albo sztuczną inteligencję. Nawet gdy pani Trump mówi o głęboko osobistych sprawach – np. relacjach ze zmarłą niedawno matką – brzmi jak chatbot. W trakcie godziny i trzech kwadransów nie znajdziemy ani jednej sceny, w której udałoby się przedstawić bohaterkę jako osobę w jakikolwiek sposób interesującą. Bombardowany obrazami z wnętrz apartamentu Trumpów w Nowym Jorku widz ma za to okazję przypomnieć sobie, jak fatalny gust ma ta rodzina – widać to w ich zamiłowaniu do złota, zdobień i ostentacyjnego luksusu – bliższy rosyjskim oligarchom czy środkowoazjatyckim satrapom niż powściągliwemu stylowi tradycyjnych amerykańskich elit.
Ratner miał na koncie prawdziwe hollywoodzkie hity, jego kariera załamała się jednak w 2017 roku, gdy kilka kobiet – w tym aktorki Olivia Munn i Natasha Henstridge – oskarżyły go o przestępstwa seksualne. Reżyser pojawia się też w odtajnionej tuż przed premierą filmu partii "akt Epsteina", wśród których znalazło się jego zdjęcie z Epsteinem – finansistą i seksualnym przestępcą – w towarzystwie dwóch młodych kobiet. Wybór kogoś z takimi wizerunkowymi obciążeniami jako reżysera filmu o pierwszej damie może wydawać się niezwykły i można zastanawiać się, czy nie wynika z tego, że nikt z rzeczywistym dorobkiem, kto nie byłby zdesperowany by wrócić do pracy w branży, nie chciał się podjąć zadania. Trump i jego otoczenie nie jest bowiem kompletnie w stanie przełożyć swoich politycznych sukcesów na kulturowe uznanie. W momencie, gdy "Melania" wchodziła do kin, Trump ogłosił zamknięcie na dwa lata Centrum Kennedy’ego – po tym, gdy przejął kontrolę nad tą stołeczną sceną i dodał swoje nazwisko do jej nazwy, publiczność gremialnie odpłynęła, a uznani artyści zaczęli odwoływać występy.
Na promocję "Melanii" Amazon 35 wydał milionów dolarów – na ogół duże produkcje dokumentalne skierowane do kin mają dziesięciokrotnie mniejszy budżet na promocję. Wcześniej cyfrowy gigant zapłacił spółce pierwszej damy 40 milionów dolarów za prawa do filmu i streamingu opartego na nim serialu. Co w sumie czyni z "Melanii" jeden z najdroższych dokumentów w historii kina.
Właścicielem Amazona jest jeden z najbogatszych ludzi na świecie, Jeff Bezos – stać go. Pytanie jednak, co taki układ mówi o kondycji amerykańskiej republiki? Bo cała ta sytuacja znów kojarzy się raczej z układami znanymi z kultury dworskiej – gdzie, by wkupić się w łaski monarchy, magnat ofiarowywał jemu samemu lub jego żonie drogi podarunek, np. zamek – niż ze standardami dobrze urządzonej demokracji. Pojawiają się nawet głosy, że mamy po prostu do czynienia z formą korupcji.
Słowo "korupcja" oznacza nie tylko przekupstwo, ale też ogólne zepsucie. W tradycji amerykańskiego republikanizmu, od czasów ojców założycieli, jednym z fundamentalnych tematów jest to, jak uchronić republikę przed zepsuciem. "Melania" staje się mimowolnie dokumentem tego, jak daleko zaszło dziś zepsucie amerykańskiej republiki na każdym możliwym poziomie: od wielkiej polityki, przez jej splot z oligarchami, po jakość elit i ich kultury.
Filmoznawca, politolog, eseista. Pisze o filmie, sztukach wizualnych, literaturze, komentuje polityczną bieżączkę. Członek zespołu Krytyki Politycznej. Współautor i redaktor wielu książek filmowych,... przejdź do profilu