Recenzja filmu Yves Saint Laurent (2014)
Jalil Lespert

Jęk mody

Największym grzechem reżysera i scenarzystów jest kurczowe trzymanie się dwóch standardowych (niestety) tendencji biografii filmowych. Po pierwsze: w biegu do ogarnięcia całego życiorysu leci się ...
Filmweb sp. z o.o.
Czyżby moda? Kino w ostatnim czasie dość intensywnie eksploatuje biografię słynnego kreatora. W 2010 mieliśmy dokument "Szalona miłość", teraz do kin trafia fabularny "Yves Saint Laurent", a na horyzoncie czai się "Saint Laurent", w którym tytułowego bohatera zagra Gaspard Ulliel. Jak na razie ta kolekcja nie jest jednak zbyt imponująca. W filmie Jalila Lesperta niby jest wszystko, co trzeba: salony, high-life, wielki świat. Ale zamiast ekranowego haute couture dostajemy tanią konfekcję.

photo.title photo.title photo.title

Największym grzechem reżysera i scenarzystów jest kurczowe trzymanie się dwóch standardowych (niestety) tendencji biografii filmowych. Po pierwsze: w biegu do ogarnięcia całego życiorysu leci się po łebkach, skacząc od faktu do faktu, byle upchnąć ich jak najwięcej. Quentin Tarantino zwierzał się niedawno w jednym z wywiadów, że z tego powodu nie lubi całego biograficznego gatunku. Jeśli chcesz zrobić film o Elvisie, zrób film o jednym dniu z życia Elvisa – radził. U Lesperta nie znalazłby jednak posłuchu. Jeszcze bardziej przeszkadza drugie prawidło, któremu hołduje reżyser. To, co faktycznie wyróżnia danego bohatera, zostaje zepchnięte na drugi plan kosztem relacjonowania jego życiowych perypetii. Talent protagonisty uznany zostaje za coś niepodlegającego dyskusji i nie wymagającego wyjaśnienia. Czas ekranowy poświęca się więc osobistym dramatom gwiazdy. Dramatom, które w przypadku większości person są przecież dokładnie takie same.

photo.title

Rozumiem chęć poznania człowieka kryjącego się za maską publicznego wizerunku, pokusę zgłębienia podszewki mitu. Ale zazwyczaj i tak sprowadza się to do freudowskich frazesów i prostego łańcuszka zależności: za młodu to, więc na starość tamto. O ile ciekawszy byłby portret Yves Saint Laurenta jako artysty niż relacja faktu, że miał takiego, a takiego kochanka albo brał takie, a takie narkotyki. Lespert sprawozdaje ładnie, ale nic z tego nie wynika. Oglądamy sceny kolejnych pokazów i sekwencje zza kulis, ale to nie wystarczy do pokazania, na czym polegała wielkość projektanta. Brakuje wskazania, jak sfera osobista kształtowała tu sferę artystyczną, a także szerzej zarysowanego kontekstu, bardziej wnikliwego portretu środowiska. Narrator mówi nam: "to było rewolucyjne, on ma talent!", ale złota zasada kina brzmi przecież: "Nie mów – pokazuj". W którymś momencie padają znamienne słowa: "Gustu nie da się nauczyć, z tym trzeba się urodzić". Szkoda, że twórcy rzutują ten mechanizm na widza. "Nie znasz się? Cóż, musisz nam wierzyć na słowo".

Efekt końcowy nieznacznie łagodzi kreujący Saint Laurenta Pierre Niney. Wdzięcznie odgrywa on kolejne neurozy i metamorfozy swojej postaci – bez osuwania się w karykaturę, bez aktorskiego małpowania. Niestety, przypadła mu rola bohatera tragicznego. Musi się bowiem zmagać z siłą wyższą – ciążeniem filmowego nudziarstwa, przyprawionego jeszcze na dodatek pruderią. Kiedy bohater ma się Upodlić, to oczywiście wciąga kreskę i idzie do klubu gejowskiego. No koniec świata, normalnie.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 78% uznało tę recenzję za pomocną (130 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie