Recenzja filmu LEGO® PRZYGODA 2 (2019)
Mike Mitchell

Sequel pierwszej "Przygody" z jednej strony ląduje na bezpiecznym gruncie (nie ma opcji, by nie zarobił na siebie: całe szczęście mamy kapitalizm!), a z drugiej trafia w czas moralnego ...
Filmweb sp. z o.o.
Nowym legiem przejęty / składa jak zaklęty.
(Dorota Masłowska, "Inni ludzie")


Pięć lat po tym, jak "LEGO PRZYGODA" odnowiła formułę wysokobudżetowego filmu animowanego – nie tylko rezygnując z absolutnej płynności ruchu na rzecz śladów ręcznej roboty, ale i wprowadzając wyjątkowo wysoki poziom narracyjnej samoświadomości, połączonej z antykapitalistycznym przesłaniem – dostajemy sequel, noszący w oryginale dumny podtytuł: "Część Druga". Tym razem reżyserował Mike Mitchell – dotąd podpisujący produkcje nie bardzo złe, ale i nie bardzo dobre ("Trolle", "Alvin i wiewiórki 3") – podczas gdy reżyserzy pierwszego filmu, Christopher Miller i Phil Lord, napisali scenariusz (wespół z Matthew Fogelem) i zasiedli w fotelach producentów.

photo.title

Pomiędzy dniem dzisiejszym a lutym roku 2014, kiedy to po raz pierwszy z ekranów rozbrzmiał uzależniający hit "Życie jest czadowe" ("Everything Is Awesome"), dużo się w świecie zmieniło. Donald Trump został prezydentem, polaryzacja polityczna w Stanach (i nie tylko) osiągnęła poziom plemiennej wojny, Lord i Miller odnieśli chwalebną ranę wojenną (zwolnienie z "Gwiezdnych wojen") — a LEGO poszło za ciosem i zdążyło wypuścić dwa pełnometrażowe spinoffy (z dwoma kolejnymi w produkcji). Sequel pierwszej "Przygody" z jednej strony ląduje więc na bezpiecznym gruncie (nie ma opcji, by nie zarobił na siebie: całe szczęście mamy kapitalizm!), a z drugiej trafia w czas moralnego rozchwiania i ekonomicznego niepokoju, nie pozostający bez wpływu na fabułę i tonację. Gdyby ktoś miał wątpliwości: tak, w tej wersji pamiętna, nominowana do Oscara piosenka zostaje odśpiewana w minorowym kluczu jako "Everything’s Not Awesome".

Fabuła rozpada się na dwie połowy. Pierwsza wywiedziona jest z dowcipu rzuconego na odchodne w filmie poprzednim, zamykanym przerażonym spojrzeniem dwunastolatka, któremu ojciec obwieścił właśnie, że klockami LEGO będzie się dzielił z małą siostra. Inwazja nieporadnie poskładanego, cukierkowego DUPLO w świat chłopackiej wyobraźni była idealną puentą. W nowym filmie obserwujemy więc świat po kilkuletniej, wykańczającej obydwie strony wojnie imaginarium chłopackiego z dziewczyńskim (w skrócie: madmaksowa postapokalipsa kontra DUPLO-idalne stwory, plujące eksplodującymi serduszkami i gwiazdkami).

photo.title   photo.title   photo.title

Punktem wyjścia sequela jest absolutna niezdolność Emmeta – uśmiechniętego szaraka i "przypadkowego bohatera" poprzedniej części – do przejęcia się degrengoladą, jaka dotknęła Klocburg. Podczas gdy wokół szaleje zniszczenie, Emmet nadal ładnie się wszystkim kłania, co irytuje zwłaszcza nieustraszoną Lucy Wyldstyle. Kiedy Lucy (razem z wiecznym narcyzem Batmanem) zostaje porwana przez zamaskowaną Generał Zadymę z układu Siostar (rozumiecie…?), Emmet musi zmężnieć i ruszyć na ratunek, napotykając po drodze swego alternatywnego sobowtóra, Rexa: międzygalaktycznego zakapiora wzorowanego na Hanie Solo, który jest tak bardzo cool, że jego statek kosmiczny zaludniają milusińscy w postaci stadka raptorów. Rex jest projekcją chłopięcego marzenia o byciu renegatem, widzącym z kolei w dziewczęcej słodyczy Siostar i Planety Brokat zabójczą toksynę. Wszystko zmierza do pojedynku z Królową Wisimi (ileż bym dał, by usłyszeć w tej roli podkładającą jej w oryginale głos Tiffany Haddish!), której ambicją z kolei jest ślub z Batmanem (po praniu mózgu, więc całym na biało), co z kolei doprowadzi do zdarzenia znacząco nazwanego w filmie Armamagedonem, tożsamego — jak rozumiem – z symboliczną kastracją.

Pytanie odruchowe: czy Emmet dowiedzie swojego męstwa i uratuje Lucy, spełniając jej życzenie o wyzbyciu się nadmiernej ugodowości…? Cała pierwsza godzina projekcji jest pomyślana tak, byśmy to pytanie zadali. Godzina druga, której spoilować nie wypada, służy z kolei dekonstrukcji tego pytania, a następnie zdemaskowaniu leżących u jego podstaw milczących założeń, dających się streścić w modnej frazie: "toksyczna męskość". Przez cały film dostajemy przebitki ze świata rzeczywistego, w którym brat i siostra coraz to ostrzej kłócą się o kontrolę nad zestawem klocków. Koniec końców, choć szczegółów nie zdradzę, film prezentuje rodzaj utopii: z pozoru równo traktującej obydwie strony sporu (vide: symetryczne napisy końcowe), ale w istocie przechylonej w stronę ukarania męskiego fantazmatu "samotnego wilka", wcielanego przez Rexa. To tej postaci dostaje się najbardziej – i to w jego wątku najwyraźniej widać ideologiczne założenia całego filmu, satyrycznie wymierzonego w typ testosteronowej łobuzerki, jaką wprowadził do politycznego mainstreamu obecny prezydent Stanów Zjednoczonych.

photo.title

Nie mam nic przeciwko łajaniu rozbuchanego męskiego ego, zwłaszcza że 99% kina przygodowego służy z kolei jego bezwstydnemu łechtaniu. Ale nie da się ukryć, że pod względem scenariuszym nowy film jest dość zamulony i chaotyczny, a pod koniec: kaznodziejski. Nawet piosenka "Catchy Song", powtarzająca w kółko frazę "taka nuta w mózg się wkręca" — wyparowuje z głowy w godzinę po seansie i wcale nie jest "catchy". Jak na film, który ma tyle ironii wobec ejtisowej popkultury ("Powrót do przyszłości" zostaje w pewnym momencie nazwany "filmidłem kultowym, dobrze znanym przez starszych"), "LEGO PRZYGODA 2" dość uparcie ignoruje zasady klarownego, efektywnego scenariopisarstwa wypracowane przez majstrów w typie Spielberga, Kasdana czy Lucasa

Jeśli dodać do tego fakt, że pod napisami końcowymi rozbrzmiewa piosenka, której tematem są napisy końcowe — i że pojawiająca się na ekranie na kilka chwil Maya Rudolph kończy swą matczyną tyradę zapewnieniem, że "nie jest czarnym charakterem, a jedynie zabawną postacią poboczną", musi się pojawić wrażenie obcowania z przystrojonym w miliony dolarów narracyjnym algorytmem, w którym samoświadomość osiąga masę krytyczną.

Ciekawe, co powiedziałby na to wszystko bogobojny duński stolarz Ole Kirk Christiansen, który w 1932 roku zaczął produkcję drewnianych zabawek i który zmarł w roku 1958, w dwa miesiące po opatentowaniu kultowego plastikowego klocka z wypustkami (przyrównanymi przez wielkiego fana LEGO, Normana Mailera, do kobiecych sutków). Christiansen nazwał swoją firmę od duńskiej frazy leg godt ("baw się ładnie") – a świat posłuchał. Jak wyliczyła Sarah Herman, autorka książki o historii klocków pt. "A Million Little Bricks", w 2012 roku szacowano, że na jednego mieszkańca ziemi przypadają 62 klocki LEGO, a każdego roku dzieci bawią się nimi przez pięć bilionów godzin. To było przed pierwszym filmem; dzisiaj nawet strach liczyć. I tylko czasem dumam sobie, dlaczego osobowość w całej filmowej franczyzie mają wyłącznie figurki LEGO, a nie pojedyncze klocki…? Ani chybi, czyjaś podmiotowość jest tu pomijana; czyjąś tożsamość się ignoruje. Odliczajmy więc wspólnie. Jeśli ma być sprawiedliwość na tym świecie, za parę lat musi nadejść rewizjonistyczne "The LEGO Movie: Revenge of the Bricks".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 27% uznało tę recenzję za pomocną (33 głosy).
Michał Oleszczyk
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły