Recenzja filmu Sen Kasandry (2007)
Woody Allen

Metafizyczna drzemka

"Sen Kasandry" to kolejna wariacja wokół dostojewszczyzny, tym razem polana sosem greckiej tragedii i przyozdobiona momentami wisielczego humoru.
Filmweb sp. z o.o.
"Sen Kasandry" to kolejna wariacja wokół dostojewszczyzny, tym razem polana sosem greckiej tragedii i przyozdobiona momentami wisielczego humoru. Mimo iż bardzo lubię Allena i doskonale rozumiem, że wielki artysta ( a tym bardziej neurotyk) całe życie kręci ten sam film, to tym razem do wielkości trochę zabrakło. A całe to żeglowanie po jeziorze metafizycznego absurdu wydaje się nieco wtórne.

Twórczość Woody'ego Allena tradycyjnie dzieli się na kilka grup. Mamy więc: burleski ("Śpioch", "Miłość i śmierć"), dramaty obyczajowe z elementami komedii ("Anne Hall", "Manhattan") i tzw. obrazy bergmanowskie ("Wnętrza" czy "Inna Kobieta"). Od czasów "Zbrodni i wykroczeń" zbereźnego kurdupla zaczął fascynować temat zbrodni i kary. Swój prywatny dialog z Dostojewskim Allen prowadzi z przymrużeniem oka, ale i ponurą fascynacją, która sprawia, że jego bohaterom ostatecznie bliżej do Stawrogina niźli Raskolnikowa.

Dwóch braci, jedna krew, różne cele w życiu. Jeden musi spłacić dług i chce wieść spokojne życie, drugiego zżerają ambicje – właśnie spotkał dziewczynę swoich marzeń (a te, jak wiadomo, kosztują) i otwierają się przed nim perspektywy zawodowe. Prócz pokrewieństwa łączy obu panów brak pieniędzy. Chwała Bogu, jest bogaty wujek – człowiek sukcesu i lojalny członek familii. Jedyne, czego oczekuje od naszego rodzeństwa w zamian za bezzwrotną pożyczkę, to małe morderstwo. A przecież, jak wszyscy wiemy, rodzinie się nie odmawia.

Największą niespodzianką tej całej drzemki jest Colin Farrell. Filmowy amant, który do tej pory przypominał uśmiechnięty lub zamyślony kawał plastiku, udowadnia po raz kolejny ("Najpierw zwiedzaj, potem strzelaj"), że ma prawdziwy talent aktorski. Jego postać targana wyrzutami sumienia to naprawdę dobra kreacja. Jednak to Tom Wilkinson jest tym, który wnosi w dzieło dyskretny i niebezpieczny urok amoralności. Facet jest klasą sam dla siebie (przynajmniej od czasów "Michaela Claytona"), ale o tym nikogo nie trzeba już przekonywać.

Na Allena do kina warto iść zawsze. Nawet jego słabsze filmy, których ostatnio było całkiem niemało, jakoś tam się bronią. "Sen Kasandry" specjalnego katharsis widzom nie przynosi, co nie znaczy, że jest obrazem słabym. Wielu autorów oddałoby wiele, aby mieć go w swoim dorobku. W przypadku twórcy "Wszystko gra" film jest nie tyle krokiem naprzód, ile produktem drugiej świeżości, który kończy się tak, jak powinien się skończyć. Bez żadnej niespodzianki.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 70% uznało tę recenzję za pomocną (20 głosów).
Krzysztof Michałowski
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię