Recenzja filmu Uprowadzona księżniczka (2018)
Oleg Malamuzh
Artur Kaczmarski

Mniejsza i o to. Łyknąłbym byle kliszę, gdyby tylko tchnięto w nią odrobinę pasji, gdyby ktokolwiek pomyślał chwilę nad scenariuszem. Malamuzh, zamiast zaprzyjaźnić nas z bohaterami, zamiast de ...
Filmweb sp. z o.o.
Podobno frytki z dużych fastfoodowych korporacji są lepsze niż frytki z szemranej budki na osiedlu. A to dlatego, że sieciówka może sobie pozwolić na wymianę oleju, już na starcie podnosząc jakość swojego produktu. Nie uwierzycie: podobnie jest z kinem dla najmłodszych. Aż chciałoby się pochwalić ciężką pracę animatorów, którzy choć nie dziergają na garnuszku Pixara, DreamWorks czy innego Illumination, to stają w szranki z produkcjami dużych amerykańskich studiów. Aż kusi pochwalna narracja o bohaterskim, oddolnym czynie studiów z Europy Wschodniej czy Chin, które, pozbawione korporacyjnego zaplecza – szczodrych budżetów i prężnych machin promocyjnych – walczą mimo to. A jednak – mimo że chęci są, a retoryka gotowa – jakoś chwalić nie wypada. Bo mniejsza o to, czy pogłoska o frytkach jest prawdziwa; grunt, że jest adekwatna. Proste: Pixara czy Walt Disney Animation stać na kaprys zadbania o olej. Kaprys aspiracji do czegoś więcej niż zajęcie uwagi jakiegoś 6-latka przez półtorej godziny. Kaprys, by oprócz walorów komercyjnych animowany produkt miał również walory artystyczne. W europejsko-azjatyckich podróbkach natomiast – choćby w ukraińskiej "Uprowadzonej księżniczce" – takich filmowych witamin brak. 


I nie chodzi mi wcale o tak zwane "production values". Jasne, animacja w filmie Olega Malamuzha mogłaby być płynniejsza, szczegóły obrazu bardziej szczegółowe, gra światłocienia i faktury bardziej realistyczne. Ale problem "Uprowadzonej księżniczki" leży raczej po stronie bezcennego "wkładu własnego", "analogowej" pracy koncepcyjnej, a nie jakichś wymiernych parametrów w rodzaju pamięci operacyjnej procesorów, na jakich pracowali animatorzy. Miernotę  myślową "Uprowadzonej…" widać bowiem okiem nieuzbrojonym: nijakie projekty bohaterów, antypatyczne gęby drugoplanowych postaci, generalna pstrokacizna, dizajnerskie "brudy", jakaś taka wizualna nieszlachetność, siermiężność. Ot, generalny brak stylu. 

Podobny groch z kapustą dominuje też w fabule. Tytuł filmu pozwala domyślić się wszystkiego: księżniczka zostaje uprowadzona, jej tropem podąża bohaterski młodzian w towarzystwie fajtłapowatego kompana i orszaku zabawnych zwierzątek, a na końcu drogi czeka bardzo zły "czarnodziej" (jak go tu nazywają). "Klasyk", powie ktoś – "sztampa", odpowie kto inny; Malamuzh i jego ekipa tymczasem nie mogą się zdecydować. Niby uruchamiają ramę "opowieści w opowieści" i bawią się filmowym metajęzykiem, ale zarazem nie są w stanie wyjść poza schemat love story między "pannicą w opałach" a dzielnym kawalerem. Księżniczka Miłka coś tam sobie feminizuje i gardzi zamążpójściem, ale tylko do czasu, aż napatoczy się ten jeden jedyny – co z tego, że nisko urodzony. Wielka baśniowa miłość jest tu więc niczym pocałunek śmierci dla fabularnej sprawczości bohaterki, niczym fabularny szafot dla jej emancypacji, niczym gatunkowa i światopoglądowa konserwa. A jednak kontestującej gatunkowe schematy, postmodernizującej piątej wody po "Shreku" nie brakuje: cytaty, nawiązania, dwuznaczności są na porządku dziennym, zupełnie jakbyśmy mieli 2001 rok i była to jakakolwiek nowość. Efekt jest schizofreniczny: film zarazem naiwny i cyniczny,  skostniały i nadświadomy.  
 
 
Mniejsza i o to. Łyknąłbym byle kliszę, gdyby tylko tchnięto w nią odrobinę pasji, gdyby ktokolwiek pomyślał chwilę nad scenariuszem. Malamuzh, zamiast zaprzyjaźnić nas z bohaterami, zamiast de facto opowiedzieć swoją historię, woli zarzucić nas kolejnymi niedogrzanymi pomysłami. Nie powiem, niektóre z nich są nawet niczego sobie: choćby scena pojedynku księżniczki z hordą ożywionych słodyczy: pączków, eklerków, tortów i babeczek, spuentowana jako "walka z niechcianymi kaloriami". Ale koncepcja nie jest wygrana, gubi się w potoku kamiennych golemów, żywych trupów, złośliwych gryzoni, wrednych starców, magicznych kotów, złowrogich smoków, zaklętych posągów, zaczarowanych mieczy oraz obowiązkowego humoru "dosadnego": dłubania w nosie czy rzygania. Niepodpięte pod emocje bohaterów, nierozbudowane jako metafory, wszystkie te wątki stają się więc byle rekwizytami, pustymi scenariuszowymi kaloriami. ADHD-ową mieszanką przetrawionych wielokrotnie powidoków kina zza wielkiej wody. Oczywiście, 6-latek może odebrać to inaczej niż odrobinę starszy od niego recenzent. Ale kiedy rzetelnej, wysokojakościowej animowanej konkurencji nie brakuje, dylemat, czy iść do kina, przestaje być dylematem. Na wszelki wypadek w tytule recenzji podpowiadam, co zrobić.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 64% uznało tę recenzję za pomocną (25 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby