Recenzja filmu To tylko koniec świata (2016)
Xavier Dolan

Ostatnia rodzina

Oglądając "To tylko koniec świata" nie sposób nie odnieść wrażenia, że Xavier Dolan swój pomysł na film opracował z najdrobniejszymi szczegółami. Nie tylko umiejętnie odczarował sztukę Jeana-Luca ...
Filmweb sp. z o.o.
Sztuka teatralna z pewnością nie jest materiałem wdzięcznym do przeniesienia na wielki ekran. Trudności z nią związane wynikają przede wszystkim z jej zamkniętego świata przedstawionego i o ile na deskach ta klaustrofobiczność może działać na korzyść twórców, o tyle w kinie nierzadko staje się dla nich poważnym ograniczeniem. Naturalną konsekwencją w przypadku tego typu ekranizacji jest zwiększenie liczby scen dialogowych i skupienie ciężaru produkcji niemal wyłącznie na barkach aktorów. To właśnie od ich wachlarza umiejętności zależy, czy prezentowaną opowieść widownia kupi, czy też nie.

photo.title

Oglądając "To tylko koniec świata" nie sposób nie odnieść wrażenia, że Xavier Dolan swój pomysł na film opracował z najdrobniejszymi szczegółami. Nie tylko umiejętnie odczarował sztukę Jeana-Luca Lagarce’a w obiektywie kamery, ale także nie zatracił przy tym autorskiego stylu, tak wyraźnie stemplowanego przy poprzednich projektach. Mimo że nie wyzbył się całkowicie charakterystycznej dla przedstawienia scenicznego koturnowości, to zdaje się, że odnalazł umiejętny balans pomiędzy światem teatralnym a filmowym.

Kanadyjczyk nie jest oczywiście jedynym autorem sukcesu tego obrazu. Swoje trzy grosze, a nawet zdecydowanie więcej, dołożyło bowiem pięcioosobowe grono aktorów, wcielające się w członków rodziny, wokół której skupiona jest opowiadana historia. Dolan świadom, jak wiele na ekranie będzie zależeć od czynnika ludzkiego, zaprosił do współpracy tuzy francuskojęzycznego kina, a te stanęły na wysokości zadania. Fundamentami opowieści są bowiem świetnie nakreślone przez nich portrety psychologiczne, a jej paliwem – piekielnie dobrze odegrane konwersacje.

To właśnie z nich wyłaniają się skomplikowane relacje łączące poszczególnych bohaterów. Główny z nich, Louis, to ceniony autor, który po 12 latach nieobecności postanawia wrócić do swojego rodzinnego domu i odnowić relacje z najbliższymi, ograniczone dotychczas wyłącznie do listownej korespondencji. Motywacją jego ponownej konfrontacji z rodziną okazuje się być przekazanie im wiadomości o swojej zbliżającej się śmierci. Nie tylko to, a czasem wręcz wszystko tylko nie to, zdaje się jednak zajmować uwagę widza podczas seansu.

Problematyka dzieła twórcy "Zabiłem moją matkę" skupia się bowiem przede wszystkim na próbie otworzenia nowego rozdziału w życiu całej piątki, mimo niechęci do zapomnienia o przeszłości z ich strony. Dolan zgrabnie lawiruje między kolejnymi postaciami, wiążąc ich w kruche sojusze lub konfrontując ze sobą w bardzo emocjonalny sposób. Jako że widz obserwuje te potyczki z dość obiektywnej perspektywy, z miejsca próbuje stać się rozjemcą kolejnych sporów. Nie jest to jednak zadanie łatwe, gdyż pełnokrwistość bohaterów uniemożliwia zaszufladkowanie ich do jakiejkolwiek kategorii.

Wpływa to na to, że To nie koniec świata niemal z miejsca staje się filmem bardzo przejmującym, a Dolan szalenie dba o to, aby zaangażowanie publiki nie opadło aż do pojawienia się napisów końcowych. Kreując doskonale znaną z poprzednich filmów sensualną atmosferę, sięga po sprawdzone chwyty, takie jak zbliżenia, zatrzymania kamery na detalach, czy retrospekcje. Swoje robi także wyjątkowo skąpa jak na filmografię Kanadyjczyka linia melodyczna. Ten jednak celowo częściej wybiera ciszę – pozwala ona skupić uwagę widza wyłącznie na sugestywnym obrazie, niejako zanurzając poszczególne kadry w zupełnie innej rzeczywistości.

photo.title

Osiągany w ten sposób patetyzm całej oprawy audiowizualnej w połączeniu z kontrastującą z nią przyziemną, choć nie banalną fabułą, winduje dzieło Dolana na jeszcze wyższy poziom. Łatwość portretowania rzeczywistości, a także niecodzienny i jakże charakterystyczny już kunszt, z którym to robi, po raz kolejny potwierdzają, że okrzyknięcie reżysera „złotym dzieckiem kina” w żadnym wypadku nie można nazwać wyolbrzymieniem. Być może przyjdzie czas, że stanie się on niewolnikiem własnego stylu, a jego kolejnych produkcji nie sposób będzie od siebie odróżnić, ale na razie Kanadyjczyk dopiero się rozkręca.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (1 głos).
gladiator_filmweb
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię