Recenzja filmu Taxi 5 (2018)
Franck Gastambide

Pójdę piechotą

Podobnie jak w przypadku innych filmów z serii, narracyjny kapitał "Taxi 5" to wypadkowa komedii charakterów, bezwstydnego slapsticku oraz wysokooktanowego kina akcji. Tyle, że każdy ze ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Taxi 5 (2018)
Ponieważ media lubią porównywać film Francka Gastambide do "Szybkich i wściekłych", spieszę z erratą. Otóż idąc do kina na "Szybkich i wściekłych", możemy spodziewać się trzech rzeczy: bohaterów, z którymi będziemy chcieli spędzić dwie godziny, humoru, za który nie będziemy chcieli podać scenarzystów do sądu oraz scen akcji, które zostaną pod naszymi powiekami przynajmniej do czasu premiery kolejnej części. Idąc do kina na "Taxi 5", możemy spodziewać się jedynie liścia w twarz i chudszego portfela. 


To tyle w temacie fundamentalnych różnic, bo przecież na poziomie biznesplanu ambicje producentów obydwu serii raczej się pokrywają. Po dziesięciu latach nieobecności, seria "Taxi" powraca w glorii i ch(w)ale, lecz nie dajcie się zwieść pozorom - pomimo cyfry "5" w tytule, to raczej reboot niż pełnoprawna kontynuacja. Mamy zatem nowych bohaterów, pachnące świeżością auta oraz fabułę posklejaną niechlujnie ze skrawków poprzednich filmów: oto gang włoskich rabusiów gna po mieście w lśniących ferrarynkach, zaś na ogonie - jak przykazuje konwencja buddy movie - siedzą im pies z kotem. Jeden z bohaterów jest zdegradowanym policjantem, który za miłosne harce z córką komendanta trafia na zesłanie do Marsylii, drugi - krewnym znanego z poprzednich filmów Daniela Moralesa (Samy Naceri); nieudacznikiem, który boi się swojego cienia i plącze o własne nogi. Gaz do dechy! 


Chociaż poprzednie odsłony cyklu również bazowały na chemii pomiędzy pociesznym safandułą a pewnym siebie mistrzem kierownicy, to kluczowy był w nich podział ról. To as motoryzacji stawał się reprezentantem uciskanego ludu pracującego, zaś pierdołowaty policjant stanowił centrum satyry na rozleniwioną i opieszałą władzę. Gastambide, chcąc zagarnąć dla siebie rolę francuskiego Vina Diesela, odwraca jednak fabularny wektor i znacznie osłabia komediowy potencjał filmu. To aktor obdarzony wątpliwą charyzmą oraz reżyser pozbawiony podstawowych umiejętności inscenizacyjnych. W duecie z błaznującym Malikiem Benalhą wypada blado i szybko oddaje pole prawdziwej gwieździe produkcji, czyli wysłużonemu Peugeotowi 406 po kosmicznym tuningu. Scena pojawienia się kultowego pojazdu przyprawia o dreszczyk emocji i spełnia obietnicę nostalgicznej wycieczki.  


Podobnie jak w przypadku innych filmów z serii, narracyjny kapitał "Taxi 5" to wypadkowa komedii charakterów, bezwstydnego slapsticku oraz wysokooktanowego kina akcji. Tyle, że każdy ze składników jest tutaj drugiego sortu. Żarty na temat  otyłej i napalonej funkcjonariuszki idą w dziesiątki (ileż można?) "widzialność obcowania człowieka z materią" raczej żenuje niż śmieszy, z kolei fekalno-analne dowcipasy też dało się napisać lepiej. Słowem, nudy na pudy. Poza nieodmiennie zabawnym weteranem serii, Bernardem Farcym w roli Giberta, ex-komisarza policji, a obecnie burmistrza Marsylii, oraz kilkoma dynamicznie zmontowanymi pościgami, niewiele tu do oglądania. Ok, jest jeszcze Lamborghini Aventador - każdemu jego porno. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 60% uznało tę recenzję za pomocną (25 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie