Recenzja serialu

Ołowiane dzieci (2026)
Maciej Pieprzyca
Joanna Kulig
Agata Kulesza

Prawda to metal

Rzecz jasna scenariusz Jakuba Korolczuka podkręca dramaturgicznie opowieść, która w rzeczywistości nie obfitowała w zdarzenia dynamiczne. Ale takie prawo, ba, nawet i obowiązek adaptatora. 
Prawda to metal
Śląsk, przynajmniej ten Górny, renomy zbyt dobrej nie ma, bo przecież bure familoki, wysokie kominy, głębokie szyby i jeszcze co poniektórzy dziwnie godojo. Skansenowy obrazek regionu jest oczywiście krzywdzący i zwyczajnie nieprawdziwy, ale cokolwiek atrakcyjny dla kamery z lubością muskającej przykryte szarym pyłem mury.


U Macieja Pieprzycy, urodzonego Katowiczanina przecież, heimat przypomina monstrum pożerające swoje dzieci, uprzednio odchowane na własnej piersi. Jest jak przemysłowa machina przeżuwająca serca, umysły i dusze. Ale to ten potężny, szokujący niemal kontrast między prawdą za oknem i prawdą ekranu pozwala uzmysłowić sobie, jaką drogę przeszła aglomeracja przez tych kilkadziesiąt lat. Dzisiaj zapewnia przestrzeń do życia, można tu oddychać pełną piersią. Chciałoby się powiedzieć: nareszcie.

Historia dokonań doktor Jolanty Wadowskiej-Król, nagłaśniana dopiero od stosunkowo niedawna, to także symptom owych zmian. Wcześniej wstrzymywały je nie tylko socjalistyczne ręce, lecz również, być może, pewien wstyd. Bo symbol huty jako wyrodnej matki, która może i karmi, ale i truje, tylko umacnia portret Śląska takiego, jakim postrzegają go częstokroć młodzi, wykształceni, z dużych ośrodków miejskich. Na bok jednak ironizowanie. Bo Wadowska-Król jeszcze kilkanaście lat temu rozpoznawalna była chyba jedynie lokalnie, dziś jest bohaterką serialu zrealizowanego dla Netfliksa. Duża sprawa.


Działająca na terenie biedniejszej dzielnicy Katowic lekarka zauważa niepokojące objawy u dzieci z jej rejonu i po nitce do kłębka dochodzi do wniosku, że wyziewy z pobliskiej Huty Szopienice to powód ołowicy, na którą chorują i umierają mali pacjenci. Zgłoszenie tego wyżej, próby podjęcia radykalnych, acz koniecznych w kuracji kroków albo spełzają na niczym, albo spotykają się z partyjnym betonem. Za ostrożną sojuszniczkę mając dyrektorkę sporej kliniki, Wadowska-Król rozpoczyna swoją krucjatę. Zderzaj się przy tym z niechęcią lokalnej społeczności, obawiającej się utraty źródła zarobku, i ściąga na siebie uwagę komunistycznych dygnitarzy szykujących się na wizytę Breżniewa.

Rzecz jasna scenariusz Jakuba Korolczuka podkręca dramaturgicznie opowieść, która w rzeczywistości nie obfitowała w zdarzenia dynamiczne. Ale takie prawo, ba, nawet i obowiązek adaptatora. Stąd Wadowska-Król (w tej roli wysoko podnosząca czoło Joanna Kulig) ma tutaj do czynienia z Hubertem Niedzielą (niezły Michał Żurawski), oficerem Służby Bezpieczeństwa i czarującym draniem, który przygląda się jej sprawie. To ten wątek prędko staje się bodaj najciekawszy.


Pan major to kawał sukinsyna, wierny żołnierz partii, doskonale operujący i kijem, i marchewką. Ich relacja jest ponadto kilkupoziomowa, bo nastoletnia córka Wadowskiej-Król i syn Niedzieli mają się ku sobie. Lekarka, traktowana jako narzędzie w rękach salonowych graczy walczących o stołki, poniekąd zdaje sobie z tego sprawę, ale godzi się na możliwe poświęcenie siebie, kariery i rodziny dla chorych dzieci. Przy tym nie jest przedstawiona jako figura święcie cierpiąca. To kobieta mająca poczucie nie misji, ale obowiązku, wynikającego z etyki zawodu.

Szkoda tylko, że ów wątek najciekawszy jest nierzadko jedynym prawdziwie interesującym. Bo "Ołowiane dzieci" szybko wytracają pęd. Intryga zawiązuje się w dwóch odcinkach i potem długo stoi w miejscu, budząc się z letargu tylko na pojedyncze sceny, aby znowu złapać dech dopiero pod koniec. Trochę późno. Pieprzyca ładnie ten materiał komponuje, ale jakby nie dostał go dość, żeby usprawiedliwić rozciągnięcie wszystkiego aż na blisko sześć godzin.


Ujęcia przemysłowego Śląska, choć turpistycznie fascynujące, stają się powtarzalne. Ogółem repetycyjność serialu, ciągłe mielenie w kółko tego samego na poziomie narracyjnym oraz wizualnym to jego największa bolączka. I na tym polega trudność jednoznacznej oceny tej solidnej przecież produkcji, która sabotuje samą siebie, wyhamowując tam, gdzie należałoby przyspieszyć. Dlatego też "Ołowiane dzieci" bronią się przede wszystkim samym tematem, który niesie ten serial od początku do końca. Zabrakło pomysłu, jak go lepiej ugryźć.
1 10
Moja ocena serialu:
7
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?