Recenzja Sezonu 2

Nocny recepcjonista (2016)
Susanne Bier
Georgi Banks-Davies
Tom Hiddleston
Hugh Laurie

Syndromu sztokholmskiego ciąg dalszy

Przed twórcami drugiego sezonu "Nocnego recepcjonisty" stało nie lada wyzwanie – musieli nie tylko przypomnieć widzom o serialu, których zdążył już spocząć w archiwum zbiorowej pamięci, ale też
Syndromu sztokholmskiego ciąg dalszy
Dekada to sporo czasu, zwłaszcza w świecie produkcji streamingowych. To właśnie dziesięć lat temu premierę miał pierwszy sezon "Nocnego recepcjonisty", wyprodukowany przez BBC serial szpiegowski. I choć pogłoski o kontynuacji ekranizacji powieści Johna le Carré pojawiły się dość szybko, musiało minąć sporo czasu, zanim BBC do spółki z Prime Video przygotowało drugi sezon tej trzymającej w napięciu historii. Fani Jonathana Pine'a i jego przygód mogą być zadowoleni – choć kontynuacja "Nocnego recepcjonisty" nie jest już oparta na literaturze mistrza szpiegowskich opowieści (le Carré nie napisał kolejnych części), sezon nr 2 trzyma wysoki poziom, zarówno na poziomie intrygi, jak i realizacji.


W 2016 roku "Nocny recepcjonista" był sporym hitem – serial zdobył nie tylko przychylność widzów i krytyków, ale zapracował na kilka ważnych nagród, jak choćby Złote Globy dla trojga głównych aktorów (Tom Hiddleston, Olivia Colman, Hugh Laurie) czy Emmy dla reżyserki Susanne Bier i kompozytora Victora Reyesa. Aż dziwne, że na drugi sezon przyszło nam czekać tyle lat, choć z drugiej strony brak pośpiechu w przygotowaniu kontynuacji – wobec braku literackiego pierwowzoru – mógł wyjść tej produkcji na dobre. Udało się zebrać niemal całą poprzednią ekipę; Susanne Bier co prawda już nie reżyseruje, tylko produkuje, ale zastąpiła ją inna zdolna reżyserka, Georgi Banks-Davies (stała za kamerą m.in. netflixowego "Kaosu"), a główną rolę ponownie gra Hiddleston, który po batalii z Richardem Roperem (Laurie) tym razem musi stawić czoła komuś w rodzaju jego następcy. Teddy Dos Santos (znany z "Babilonu" Diego Calva) to bezlitosny kolumbijski handlarz bronią, który planuje brutalny przewrót we własnym kraju. A że ma to podejrzany związek z brytyjskim wywiadem, żonglujący tożsamościami główny bohater musi zbliżyć się do Dos Santosa i raz jeszcze uratować świat.

Ci, którzy oglądali pierwszy sezon "Nocnego recepcjonisty" głównie dla Olivii Colman, będą zapewne nieco rozczarowani – jej Angela Burr nie gra tu już pierwszych skrzypiec, choć ciężar intrygi przeniesiono mocno na stronę MI6 właśnie. Mamy tu więc ponownie zwierzchnika Pine’a, Rexa Mayhew (Douglas Hodge), ale też kilka nowych postaci: szanowaną szefową wydziału (Indira Varma) czy podwładną Pine’a z czasów, gdy akurat nie ścigał potężnych handlarzy broni (Hayley Squires). A czymże byłaby intryga szpiegowska, gdyby nie pojawiła się w niej piękna femme fatale? Efemeryczną Elizabeth Debicki z pierwszego sezonu zastąpiono tu gorącą jak lawa Camilą Morrone, która wypada naprawdę przekonująco – zarówno wtedy, gdy uwodzi, jak i wtedy gdy próbuje znaleźć dla siebie miejsce w tej skomplikowanej układance.


Podczas gdy dekadę temu Jonathan Pine zatracał się w syndromie sztokholmskim w relacji z Richardem Roperem, w drugim sezonie "Nocnego recepcjonisty" – już jako Matthew Ellis – wchodzi w niebezpieczny bromance z Teddym, brawurowo kreowanym przez Diego Calvę. Panowie lgną do siebie w zagadkowy sposób, a nasz bohater ponownie zaczyna zacierać granicę między ratowaniem świata a ratowaniem jednostki. Relacja tych bohaterów przynosi zarówno najmocniejsze, jak i najmniej wiarygodne sceny drugiego sezonu "Nocnego recepcjonisty" – Teddy z jednej strony jawi się jako nieufny bandyta, z drugiej pozwala Pine’owi manipulować nim niczym marionetką. Być może to właśnie miał być sekret tej postaci – budzącej postrach, a jednocześnie kruchej i wrażliwej, desperacko poszukującej potwierdzenia własnej wartości. Trzeba zresztą przyznać, że choć główny bohater nie ma umiejętności komandosa ani instynktu zabójcy, jedno opanował do perfekcji – zdobywanie informacji i owijanie sobie ludzi wokół palca.


Przed twórcami drugiego sezonu "Nocnego recepcjonisty" stało nie lada wyzwanie – musieli nie tylko przypomnieć widzom o serialu, których zdążył już spocząć w archiwum zbiorowej pamięci, ale też stworzyć angażującą historię bez wsparcia świetnego literackiego pierwowzoru. I trzeba przyznać, że z owym wyzwaniem poradzili sobie wzorowo – dziesięć lat później Jonathan Pine znowu oczarowuje widzów, a intryga, w którą się wplątuje, każe widzowi z wypiekami na twarzy oczekiwać kolejnych odcinków. Wszystko zresztą wskazuje na to, że jeszcze nie żegnamy się z przystojnym brytyjskim agentem MI6 – zobaczymy, jaką tożsamość przyjmie następnym razem.
1 10
Moja ocena serialu:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?