"W ukryciu" zgrabnie ukazuje paradoksy przedemancypacyjnej kultury gejowskiej, kiedy – jak chciał zmarły niedawno Rosa von Praunheim – "nie homoseksualista jest perwersyjny, lecz sytuacja, w
Wtopić się w tłum, nie budzić podejrzeń, działać w ukryciu… Plainclothes, jak brzmi oryginalny tytuł filmu Carmena Emmiego, który tłumaczyć należałoby jako cywilny strój (a może lepiej barwy ochronne lub kamuflaż?), jest wieloznaczny. Z jednej strony odnosi do policyjnych metod śledczych pracy "pod przykrywką", z drugiej – do mimikry stosowanej także po godzinach przez młodego funkcjonariusza imieniem Lucas. Grany przez znanego z "Igrzysk śmierci: Ballady ptaków i węży" Toma Blytha bohater przydzielony zostaje do grupy operacyjnej mającej tropić przestępców seksualnych, przy czym w czasie, kiedy toczy się akcja filmu – mamy rok 1997 – to kategoria nader szeroka. Penalizuje się nawet kontakty pełnoletnich osób za obopólną zgodą, jeśli te odbywają się w miejscach publicznych. Prawie trzy dekady po protestach w Stonewall, które rozpoczęły ruch wyzwolenia gejów, paragraf ten, jak widzimy w filmie, wciąż służy do gnębienia homoseksualnych mężczyzn i zbierania na nich haków. A może po prostu zawyżania słupków wykrywalności przestępstw?
Tak czy inaczej, podobne policyjne naloty stosowano przez cały XX wiek, a jedną z ich najbardziej znanych ofiar stał się George Michael, aresztowany w 1998 roku w męskiej toalecie za nieobyczajność. Tropienie lubieżności było tym łatwiejsze, im bardziej geje siedzieli "w szafie", z tej zaś wyjść jest tym trudniej, w im bardziej hermetycznym środowisku się żyje – a akcja "W ukryciu" dzieje się w 150-tysięcznych miasteczku Syracuse (z którego zresztą pochodzi reżyser filmu). Niby leży ono rzut kamieniem od Nowego Jorku, mentalnie jednak tak daleko mu do niego, jak do samego San Francisco, które pojawia się tu jako symbol gejowskiej utopii. W Syracuse natomiast jedynym miejscem spotkań mężczyzn poszukujących kontaktów z innym mężczyznami jest toaleta w lokalnym centrum handlowym, gdzie odbywają się pikiety, czy jak kto woli, uprawia się cruising. Kinomanom słowo to oczywiście już zawsze kojarzyć się będzie ze słynnym "Zadaniem specjalnym" Williama Friedkina, w którym inwigilujący środowisko nowojorskich skórzaków bohater, grany przez Ala Pacino, w końcu sam zaczyna stawiać sobie pytania o własną tożsamość i pragnienia.
Motyw ten zostaje powtórzony i tutaj: młody glina dostaje misję rozpracowania potencjalnych "zboczeńców", mimo iż coraz mocniej czuje, że sam za takiego mógłby zostać uznany. Po rozstaniu ze stewardesą Emily (Amy Forsyth) wie już, że woli facetów, choć wciąż trudno mu się do tego przyznać. Na pewno nie pomaga w tym ani sytuacja rodzinna, ani oparta na sile i tradycyjnie pojmowanej męskości profesja – w obu środowiskach słowo "pedał" funkcjonuje jako największa obelga. Czy inni policjanci mogą coś podejrzewać? A może przemocowy wujek? Schizofreniczna sytuacja, w której żyje, odciska coraz większe piętno na jego psychice. Pojawiają się też wyrzuty sumienia związane z prowadzonymi przy pisuarze akcjami – wszak metoda prowokacji jest zawsze moralnie wątpliwa, bo czyż nie wiemy o sobie tylko tyle, na ile nas sprawdzono? Lucas zaczyna rozumieć, że jego "zadanie specjalne" raczej rujnuje życia, niż kogokolwiek ocala, a jego pozycja staje się jeszcze trudniejsza, gdy poznaje niejakiego Andrew (Russell Tovey – amant ze "Spojrzeń" tu już w wersji daddy), z którym zacznie spotykać się także poza kontekstem śledczym. Czy dostaną szanse na swoje San Francisco?
"W ukryciu" zgrabnie ukazuje paradoksy przedemancypacyjnej kultury gejowskiej, kiedy – jak chciał zmarły niedawno Rosa von Praunheim – "nie homoseksualista jest perwersyjny, lecz sytuacja, w jakiej żyje". Mniej przekonująco wypada na ekranie rodząca się w głowie bohatera paranoja – nagromadzenie montowanych skojarzeniowo obrazów ociera się momentami o teledyskowe efekciarstwo (mieszanie się rzeczywistości obiektywnej z tą wewnętrzną dużo lepiej oglądało się ostatnio chociażby w "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" czy "Dobrych nieznajomych"). Świetnie udało się natomiast Emmiemu – a mowa o debiutancie – poprowadzić obsadę, za co zresztą przyznano filmowi Specjalną Nagrodę Jury na zeszłorocznym festiwalu Sundance. Najwięcej jednak "W ukryciu" zawdzięcza pieczołowitemu, a przy tym nieefekciarskiemu odtworzeniu klimatu lat 90. Reżyser inkorporuje je w samą formę filmu: łączy nagrania z kamer przemysłowych z home video, które pewnie w wielu domach mogą na VHS-ach zalegać wciąż w pawlaczach i dnach szaf.
Emmi nie popada przy tym w infantylne idealizowanie najntisów – film rozpoczynają wprawdzie skoczne dźwięki przeboju OMC "How Bizarre", działają one jednak bardziej jako kontrapunkt do dalszych wydarzeń. Czas optymizmu i wzrostu ekonomicznego epoki Clintona (Gospodarka, głupcze!) dla wielu przecież – a na pewno dla społeczności queerowej – nie był okresem łatwym. Może pod wieloma względami przełomowym, ale postępowi towarzyszyła hipokryzja, wyrażana choćby wprowadzoną wówczas w wojsku zasadą "Don’t ask, don’t tell", o której gorzko się tu wspomina. Podobnie jak o wciąż szalejącym AIDS czy bolesnych (a czasem niemożliwych) coming outach. Film pokazuje, z jakimi dylematami i dramatami się one wiązały (i jak mniemam, niekiedy wciąż wiążą). Co ważniejsze jednak – jaką cenę płaci się za życie w ukryciu.
Krytyk filmowy, filmoznawca, stały współpracownik Filmwebu. Laureat Nagrody im. Krzysztofa Mętraka, członek FIPRESCI, Europejskiej Akademii Filmowej i kolegium elektorów Złotych Globów.