Recenzja filmu To my (2019)
Jordan Peele

Przylądek strachu

Jordan Peele, na fali sukcesu "Uciekaj!", który przyniósł mu Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny, powraca na terytorium horroru i społecznej satyry. "To my"ma szersze ambicje niż jego ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa To my (2019)
Kiedy zjawiają się ubrane w czerwone kombinezony sobowtóry, grunt pod grozę jest już dobrze przygotowany. Wiemy, że sielski weekend nieopodal Santa Cruz przerodzi się w coś przerażającego; poznajemy stopniowo traumę Adelaide Wilson (Lupita Nyong'o) – żony i matki dwojga dzieci; domyślamy się, że samcze okrzyki jej męża (Winston Duke) nie przegonią napastników. Podpuszczani przez zwodniczą muzykę Michaela Abelsa (łączącą elegancki suspens Bernarda Herrmanna z ostrymi dźwiękami i chórami rodem z wczesnych utworów Krzysztofa Pendereckiego), czekamy na apokaliptyczną sieczkę. "To my" balansuje między znanym i niesamowitym; między czymś oswojonym i przerażająco dzikim – dostarczając przy tym działającą na trzewia rozrywkę przefiltrowaną przez niepokojące autorskie obsesje. 

photo.title

Jordan Peele, na fali sukcesu "Uciekaj!", który przyniósł mu Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny, powraca na terytorium horroru i społecznej satyry. "To my" ma szersze ambicje niż jego poprzedni film oraz większy wachlarz sposobów, na które próbuje nas przestraszyć. Klasyczny temat pojawiających się znikąd złowrogich bliźniaków, którzy są niesamowicie podobni do "oryginałów" (patrz chociażby: "Inwazja porywaczy ciał"), Peele rozwinął po mistrzowsku. Jako krzywe zwierciadło głównych bohaterów sobowtóry przypominają wygłodniałe zmutowane zwierzęta albo odpadki z fabryki humanoidalnych robotów. Ich motoryka – wywołująca gęsią skórkę, nieprzewidywalna, oparta na dziwnych ruchach parodiujących ludzką anatomię – w połączeniu z wyrazistymi rekwizytami (pozłacane nożyczki i skórzane rękawiczki) wywołuje strach i wstręt, którego doświadczamy często na widok szybkobieżnych karaluchów lub pająków. Peele stawia przy tym na talent i warsztat aktorów, którzy wcielają się również w demoniczne alter ego swoich postaci. Ze zderzenia dwóch stylów i ekspresji aktorskich "To my" potrafi wykrzesać autentyczną grozę, którą zwielokrotnia błyskotliwa inscenizacja i zręczne wykorzystanie filmowanych przestrzeni.

Oba filmy Peele'a wpisują się w renesans niezależnego amerykańskiego horroru zapoczątkowany przez "Coś za mną chodzi" (2014) D. R. Mitchella i "Czarownicę: Bajką ludową z Nowej Anglii" (2015) R. Eggersa. "Uciekaj!" było zaskakującą aktualizacją "Zgadnij, kto przyjdzie na obiad" (1967) Stanleya Kramera: odwiedziny czarnego chłopaka u rodziców jego białej dziewczyny przerodziły się w przyprawiony rasowymi kontekstami odcinek "Strefy mroku". W "To my" Peele znów otwarcie porywa się na tzw. opowieść o USA: sobowtór Adelaide, zapytana o to, kim jest ona i jej towarzysze, odpowiada tylko: "Jesteśmy Amerykanami". Chociaż wspomnienia niewolniczej przeszłości Afroamerykanów odgrywają w bogatym imaginarium Peele'a pewną rolę, tym razem odnosi się raczej do nierówności ekonomicznych, które od dziesiątek lat dzielą Stany Zjednoczone na pół. Słynny album fotografa Jacoba Riisa, "Jak żyje druga połowa" z 1890 roku, poświęcony najuboższym mieszkańcom Nowego Jorku, mógłby służyć za podtytuł filmu. Bezpośrednio przywołana zostaje też akcja Hands Across America z 1986 roku: kontrowersyjna zbiórka pieniędzy dla bezdomnych i głodujących obywateli USA. Obraz złączonych rękami, tworzących łańcuch ludzi z plakatu akcji jest w "To my" podstawową figurą wizualną.

photo.title

Socjologiczne dociekania Peele'a mogą być jednak nużące, a krytyka wyższej klasy średniej, żerującej na pracy innych, dosyć oczywista. Największą wartością horroru jest nieszablonowa wyobraźnia twórcy, z której ulepiony został przedziwny, a przy tym namacalny świat wyglądający jak pokój zabaw siedmioletniej córeczki szatana. Groźne maski, zabawki, narzędzia zbrodni, przemoc, dziecięce chóry, króliki biegające swobodnie po zapomnianych podziemiach wyłożonych białymi kaflami: senne i straszne obrazy mieszają się w upajającą całość, która jednocześnie chwyta za gardło i kusi złudnym ciepłem i łagodnością.

Pod względem wrażliwości na podprogowy surrealizm amerykańskiej codzienności Peele znajduje się obok takich mistrzów, jak George A. Romero i David Lynch. "To my" miejscami smakuje zresztą niczym familijna wersja "Świtu żywych trupów": obśmiewa sny o niepohamowanej konsumpcji i pokazuje szarych zjadaczy chleba ogarniętych krwiożerczą żądzą. Inna sprawa, że 40-letni reżyser ma chyba więcej samoświadomości niż wyżej wymienieni twórcy – i niekoniecznie jest to zaleta. Nie chodzi nawet o to, że Peele dorastał w czasach, w których remiks treści nabrał w popkulturze szalonego tempa; ani o to, że naszpikował "To my" tuzinami odniesień do innych dzieł, poczynając od pierwszego ujęcia, które jest bliźniaczo – nomen omen – podobne do otwarcia "Climaxu" Gaspara Noé i ukazuje telewizor otoczony kasetami VHS ze znanymi filmami (widzimy m.in. grzbiet "Koszmaru z ulicy wiązów" i "C.H.U.D."). Mam na myśli pewną nadgorliwość w strategii Peele'a, która każe mu tłumaczyć wszystkie tajemnice. Najpierw tworzy na ekranie piętrowe metafory i niedopowiedziany świat, by koniec końców skrupulatnie wyjaśnić, co się za tym wszystkim kryje. 

photo.title

"Uciekaj!" i jego najnowszy horror to bardzo dobrze skrojone kino – może nawet zbyt dobrze. Jedyny niedosyt, jaki czuję po seansie "To my", wiąże się bowiem z przywiązaniem reżysera-scenarzysty do przyczynowo-skutkowej logiki widowiska. Wkładając wszystkie klocki w ich właściwe miejsca i racjonalizując niewytłumaczalne na pierwszy rzut oka zło, Peele marnuje szansę na stworzenie prawdziwie koszmarnego świata, któremu rzeczywiście brakowałoby piątej klepki i który mógłby śnić nam się po nocach.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (87 głosów).
Sebastian Smoliński
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)