Recenzja filmu Potwór z Martfű (2016)
Árpád Sopsits

Psychol kupuje na kartki

To czyste kino gatunkowe: akcja równie dobrze mogłaby się toczyć we współczesnej Szwecji. Węgierska Republika Ludowa lat 50. i 60 i fabryka obuwia w miasteczku Martfű – wyciągnięte z autentycznej ...
Filmweb sp. z o.o.
Uprzejmie donoszę: znalazłem uniwersalny przepis na kryminał z krajów dawnego bloku wschodniego. Bierzemy jednego z grasujących w latach 60. czy 70. tzw. "wampirów", odtwarzamy siermiężną rzeczywistość "głębokiej komuny", a na koniec dorzucamy kilku zapijaczonych policjantów. Wygląda na to, że w naszej części Europy "prawdziwa zbrodnia" jest możliwa jedynie w warunkach gospodarki niedoboru, między szarymi blokami albo w kolejce po papier toaletowy. 

Jeśli jednak polskie "Jestem mordercą" i "Czerwony pająk" traktują peerelowską przeszłość jako część większego filmowego tematu, w węgierskim "Potworze z Martfű" realia przedtransformacyjne są ledwie tłem, dodatkiem. To czyste kino gatunkowe: akcja równie dobrze mogłaby się toczyć we współczesnej Szwecji. Węgierska Republika Ludowa lat 50. i 60 i fabryka obuwia w miasteczku Martfű – wyciągnięte z autentycznej sprawy seryjnego mordercy – wybrano raczej ze względów stylistycznych, żeby podrasować mroczną atmosferę. Gdyby na takim grząskim gruncie wzniesiono porządny kryminał, nie miałbym nic przeciwko. Niestety, reżyser Árpád Sopsits na tyle zapamiętał się w swojej pasji rekonstruktora, że zapomniał o podstawowych zasadach gatunku. W "Potworze..." naczelną regułą jest deus ex machina, a pornograficzna dosłowność robi z filmowych Węgier komunistyczny skansen i sex-shop w jednym.

Słówko o intrydze. Mamy tytułowe Martfű roku pańskiego 1957 – spowite mgłą i z odpowiednio brzydką zabudową. Robotniczą mieściną wstrząsa brutalne morderstwo jednej z pracownic fabryki butów – oprawca wrzuca okaleczone ciało do rzeki. Trop pada na kochanka dziewczyny, ten szybko przyznaje się do winy – zabił, bo go odrzuciła – a po pokazowym procesie kara śmierci zostaje zamieniona na 25 lat więzienia. Śledztwo odżywa, kiedy w drugiej połowie lat 60. w Martfű dochodzi do serii podobnych ataków na kobiety. Policjant idealista próbuje wyjaśnić sprawę i oczyścić z zarzutów niewinnie skazanego. Na drodze staje mu prokurator karierowicz – jego dawny nauczyciel – który dzięki mataczeniu przy starej sprawie dorobił się szybkiego awansu. Na jaw wychodzi nieudolność i skorumpowanie węgierskich śledczych. Ufff...

Galopada kryminalnych stereotypów – mamy tragedię niewinnie oskarżonego, funkcjonariuszy szantażystów i bezwzględny system, który z najlepszego nawet gliniarza zrobi szuję. A wszystko w historycznym kontekście, wyłożone jak na tacy w deklaratywnych dialogach: "Towarzyszu, przecież wiecie, że w 1956 r. władza musiała zrobić to i tamto", "Sytuacja na najwyższych szczeblach władzy wymusiła to i tamto". Reportaż tłumi intrygę, niemalże dydaktyczne komentarze w ustach milicjantów brzmią jak kazania z sejmowej mównicy, a i tak nie są w stanie urealnić sztucznego świata komunistycznych Węgier. Umówmy się – jeśli twórcy "Potwora..." nie mają do zaoferowania żadnego cięższego tematu, powinni się chociaż skupić na śledztwie. Tymczasem kolejne zwroty akcji mają miejsce po niespodziewanych iluminacjach bohaterów – a to ktoś sobie coś nagle przypomni, a to spotka starego znajomego i parę minutek pogada. Dowodzący śledztwem w trakcie nurkowania uświadomi sobie na przykład, że wszystkie morderstwa w Martfű musiała popełnić jedna i ta sama osoba (eureka!). Sami policjanci to raptem pobieżne szkice – poznajemy ich wyłącznie w kontekście śledztwa; nie mają żadnych pozazawodowych problemów ani cech szczególnych. Trudno cokolwiek do takich bohaterów poczuć – niby są śledzeni, niby próbują ratować własną reputację albo żałują dawnych grzechów, ale większość wątków politycznych kończy się deklamacjami o '56. To nie ludzie z krwi i kości, tylko ilustracje do gazetowej wkładki o historii.

Chybiony jest także pomysł z ujawnieniem tożsamości mordercy już na początku filmu. Gdyby chodziło wyłącznie o nadanie "ludzkiej twarzy" psychopacie, te wszystkie fragmenty z życia rodzinnego i mordów byłyby jeszcze do przełknięcia. Reżyser raczej nie to ma jednak na myśli – bardziej prawdopodobne, że daje ujście swoim własnym perwersjom i życzy sobie, żebyśmy podglądali razem z nim. Sceny gwałtów i zabijania kobiet są długie, półpornograficzne – nasz antagonista zazwyczaj przez jakiś czas dyszy i jęczy, masturbuje się albo po prostu próbuje wzbudzić u siebie erekcję nad nagimi ciałami. Czy ujawnienie wszystkich intymnych detali pomaga nam lepiej zrozumieć motywację psychopaty i wejść w jego skórę? Wątpliwe, bo aktor grający zabójcę ma zawsze tę samą minę wariata-cynika i wąsik zboczeńca. A w finale – w długim i pełnym banałów monologu – szczegółowo wyjaśnia, dlaczego życie psychopaty jest takie fajne. 

Oczywiście, oglądanie "Potwora..." może być rodzajem perwersyjnej przyjemności – ze względu na przytłaczającą atmosferą, komiksowy rys i piękne zdjęcia. Nie wystarczy jednak wysłać mordercy po zakupy na kartki, żeby automatycznie zrobiło się ciekawie – trzeba jeszcze utrzymać jako takie napięcie. U Węgra kończy się na zaglądaniu przez judasza do pokoiku zboczeńca, a ten ściany ma wyklejone fotosami z niemieckich pornosów – w gruncie rzeczy nudnych i tandetnych. Niestety, poza kilkoma stylowymi obrazkami niewiele więcej tutaj znajdziemy.  
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 22% uznało tę recenzję za pomocną (36 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie