Recenzja gry The Messenger (2018)

Rzuć szkołę, zostań ninja

Szczególnie cenna to rada na początku roku szkolnego, kiedy czasu niby jest mniej, a jednak wydaje się być z gumy, oby tylko nie ślęczeć przy podręcznikach. I choć Switcha chyba nie sposób ...
Filmweb sp. z o.o.
Szczególnie cenna to rada na początku roku szkolnego, kiedy czasu niby jest mniej, a jednak wydaje się być z gumy, oby tylko nie ślęczeć przy podręcznikach. I choć Switcha chyba nie sposób zakamuflować za otwartą książką do matematyki – niczym niegdyś komiksu o superbohaterach lub gazetki z gołymi babami – pokombinować można, bo lepszej alternatywy dla przygotowań do pierwszej kartkówki nie będzie. "The Messenger" to bowiem indyk świeżutki, pachnący i soczysty.

photo.title

Chciałoby się, po prostu, oddelegować czytającego niniejszą recenzję na sam dół tego tekstu, do oceny, niech nie zadaje pytań, tylko kupuje i gra, bo nie ma co zwlekać. Tytuł od Sabotage Studio ma bowiem takiego kopa, że przez dobry tydzień nie mogłem zasnąć bez chociażby godzinki spędzonej przed snem na machaniu mieczykiem z pikseli, choćby jedynie z czystej ciekawości, czym mnie jeszcze zaskoczy. A "The Messenger" ma niejednego asa w rękawie. Pierwszy kontakt z grą nie zwiastuje jednak pozycji na tak wysokim poziomie, ot kolejna platformowa skakanka/naparzanka stylizowana na retro. Można sobie popykać, ale nie zassie. Nic bardziej mylnego. Lecz po kolei.

photo.title

Tytułowy emisariusz to młody ninja z osady, która kryje się przed demoniczną armią, jaka rozpleniła się po świecie, czekając na przepowiedzianego legendami zbawcę. Ten faktycznie przybywa, ale jedynie po to, aby wręczyć naszemu bohaterowi zwój, który ten ma czym prędzej dostarczyć na sam szczyt dalekiej góry, po drodze zahaczając o bagna, katakumby czy ośnieżone stromizny. I z każdym rozdziałem "The Messenger" odkrywa przed graczem kolejne karty; jak mówiłem, same asy. Z początku obsługiwana zaledwie dwoma przyciskami (skok, cios) płaska platformówka z ośmiobitową grafiką i muzyką okazuje się być może i prosta, lecz zarazem i rozbudowana. Mamy tu bowiem i drzewko umiejętności kupowanych za zbierane po drodze kryształy, i sklepikarza, z którym wymienimy nie tylko uwagi natury meta-, ale i zdobędziemy sprzęt umożliwiający pokonanie czyhających na nas trudności (pazury umożliwiające łażenie po ścianach czy słynne gwiazdki przez miejscowych zwane shurikenami) i rozszerzenie początkowo ograniczonego repertuaru ruchowego. Nie zmienia to, oczywiście, samej rozgrywki, która polega na przeskakiwaniu przepaści po zapadających się platformach przy jednoczesnym ostrzale prowadzonym przez plujące ogniem stwory i unikaniu ogromnej, bujającej się od jednej do drugiej strony ekranu kuli z kolcami. Brzmi jak wyzwanie i faktycznie tak jest, bo choć tak naprawdę "The Messenger" nigdy nie jest ekstremalnie trudny, nierzadko wymaga akrobatycznej precyzji, do której dochodzimy, ucząc się na błędach. Żyć mamy nieskończenie wiele, co jednak nie równa się beztrosce, bo po każdej skusze towarzyszący nam latający stworek za swoje usługi nekromanty skasuje nam ciężko zarabiane kryształy i wyszydzi. Szczęśliwie punkty zapisu gry rozsiane są dość często, co nieraz skwitujemy pełnym ulgi westchnięciem. Bo łatwo to się tutaj tylko ginie.

photo.title

Sabotage Studio przygotowało też pewien twist, który po paru godzinach gry, gdy już zerwaliśmy wszystko, co było do zerwania z drzewka umiejętności i zbliżamy się do celu wyprawy, zdziwieni, że to tak szybko, zmienia oblicze "The Messenger". Kto nie czytał jeszcze niczego o tej pozycji i nie obejrzał zwiastuna, niech zamknie oczy i wyłączy stronę, bo wyobrażam sobie, jaką przyjemnością może być zaskoczenie wywołane tym zabiegiem. Otóż dzielny młodzian przenosi się do przyszłości i, co za tym idzie, gra również. Od tej pory przemieszczamy się płynnie pomiędzy dwoma epokami elektronicznej rozrywki, ośmioma i szesnastoma bitami, plumkanie z głośnika nabiera głębi, grafika się wyostrza, kolory nabierają życia, a gameplay ulega zmianie. Niby pojawia się backtracking, trzeba łazić swoimi śladami, ale ukończone już etapy, poddane liftingowi, odkrywają nowe tajemnice, niedostępne wcześniej rejony stają otworem, oldschoolowy platformer mutuje w metroidvanię. Mimo że to w kontekście tej wolty mówi się o "The Messengerze" jako o pozycji zasługującej na uwagę, jej bodaj największym atutem jest klimat osiągnięty przy pomocy minimalnych środków, jak chociażby uwagi zakapturzonego sklepikarza rozprawiającego o grach czy spotkania z bossami, którzy okazują się zwykle zagubionymi fajtłapami. Przy czym humor ten nie jest pchany człowiekowi do gardła, lecz urzeka naturalnością. No i rzadko kiedy trafia się na grę nagradzającą za każdą spędzoną z nią godzinę. Ergo: zwój do plecaka i... oby nie do szkoły.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 60% uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).
Bartosz Czartoryski
ocenia tę grę na:
1 10 8/10 bardzo dobra