Recenzja filmu Projekt Nim (2011)
James Marsh

Szympans, który nie został człowiekiem

Marsh tworzy opowieść przepojoną emocjami. Jego film wzrusza i wstrząsa. Bo to opowieść o miłości i okrucieństwie, o duszy i bólu, o wybaczeniu i przywiązaniu.
Filmweb sp. z o.o.
Gdy w "Genezie planety małp" prowadzone przez Caesara stado rusza do walki przeciw ludziom, widz doświadcza katharsis. Oczyszczenia osobliwego, bo sadomasochistycznego – bunt przeciw homo sapiens jest brutalny, ale w pełni zasłużony, a ludzie, o których mówi Rupert Wyatt –  nieszczególnie warci współczucia. Wspomnienia serii o "Planecie małp" samoistnie wracają podczas seansu "Projektu Nim". Dokument Jamesa Marsha jest bowiem kolejną opowieścią o ludzkiej pysze, ignorancji i bezmyślnym złu, jakie człowiek wyrządza innym istotom. Historia szympansa, który staje się przedmiotem naukowego eksperymentu, pokazuje, że czyniąc sobie Ziemię poddaną, człowiek łatwo zapomina o swych braciach mniejszych.
 
Jego imię powstało w ramach intelektualnego żartu. Nim Chimpsky był hołdem dla Noama Chomsky’ego, amerykańskiego lingwisty i jednego z najwybitniejszych intelektualistów dwudziestego wieku. Kilka dni po narodzinach odebrano go matce. Nim trafił do rodziny zastępczej. Doktor Herbert Terrace przekazał młodego szympansa w ręce swej byłej studentki Stephanie LaFarge. Kobieta wychowująca już siedmioro dzieci miała zajmować się włochatym maleństwem, jakby było ono kolejnym ludzkim niemowlęciem. Tak oto Nim stał się człowiekiem – wszystko po to, by sprawdzić, czy szympans jest w stanie nauczyć się języka migowego i dzięki temu komunikować się z ludźmi. Sęk w tym, że nadzorujący eksperyment dr Terrace wkrótce postanowił wprowadzić do niego pewne zmiany. Nim odebrany został dotychczasowym opiekunom i trafił w ręce kolejnych nauczycieli, by po zakończeniu projektu zostać przedmiotem okrutnych medycznych eksperymentów.

To nie jest film dla wrażliwych ludzi. Po seansie dokumentu Jamesa Marsha nie sposób nie czuć odrazy do ludzkiego gatunku. Historia Nima pokazuje bowiem, że będąc na szczycie ewolucyjnej drabiny, nie potrafimy rządzić z godnością. Bohaterowie "Projektu Nim" ochoczo czynią siebie demiurgami godnymi rozporządzać, co jest właściwe, a co nie. Zabawa w Boga ma swoje konsekwencje, a cenę za nią płacą inni – szympans skazany na okrutne cierpienia, samotność i ból.

Film Marsha nie jest jednak proekologiczną agitką ani prostackim portretem ludzkiego okrucieństwa. Owszem, dawny doktor, a dziś profesor Terrace wydaje się tu postacią dość nikczemną, butnym arogantem o skarlałym sumieniu, ale pozostali bohaterowie bywają przecież szlachetni. Marsh nie mówi, że jesteśmy z natury źli, ale pokazuje, że dobre intencje nie wystarczą, bo ludzka pycha prowadzi do zguby. Film Marsha jest opowieścią nie o szympansach, ale o człowieku: kamera demaskuje każdy fałsz, uwypukla zło, wywabia prawdziwe intencje skrywane pod warstwami sloganów o postępie, rozwoju nauki etc.

Opowiadając historię Nima, James Marsh po raz kolejny pokazuje, że jest reżyserem znakomitym. To on cztery lata temu oczarował świat "Człowiekiem na linie", dokumentem, za który otrzymał Oscara i garść innych nagród. Niestety inne jego filmy przeszły w Polsce niezauważone. A szkoda, bo "Król", fabularny debiut Brytyjczyka, był zapowiedzią dużej reżyserskiej osobowości, a zrealizowane dla BBC "Wilcze prawo: 1980" stanowiło najmocniejszą część rewelacyjnej kryminalnej trylogii. "Projekt Nim" potwierdza, że żywiołem Marsha jest dokument. Łącząc ze sobą archiwalne materiały i rozmawiając z bohaterami przedstawianych wydarzeń, Marsh tworzy opowieść przepojoną emocjami. Jego film wzrusza i wstrząsa. Bo to opowieść o miłości i okrucieństwie, o duszy i bólu, o wybaczeniu i przywiązaniu. Opowieść o zwierzęciu, które omal nie stało się człowiekiem. Film, po którym pejoratywne słowo "zezwierzęcenie" wydaje się głęboko niestosownym nadużyciem.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 81% uznało tę recenzję za pomocną (67 głosów).