Recenzja filmu Robin Hood: Początek (2018)
Otto Bathurst

Uboga #rewolucja

"Robin Hood" jest więc takim lewicowym popkorniakiem, który zanudzi nawet najtwardszych lewaków. Nie tylko dlatego, że kreuje świat tak płaski i sztuczny, że zwyczajnie nie chce się o niego ...
Filmweb sp. z o.o.
Strzeżcie się, źli banksterzy i cyniczni Trumpowie! Oto, pod hasztagiem #Occupy i z dobrymi zasięgami na Instagramie, na odsiecz uciemiężonym masom przybywa sir Robin z Locksley! Z łuku nie strzela, a raczej pruje na lewo i prawo jak szturmowiec z blastera. Życiorys bez żenady odpisał od niejakiego Bruce'a Wayne'a, wystarczył tylko mały klik w Wikipedię. Chłopak z domu jest bogaty, odmówił sobie raz czy dwa wyjazdu na kitesurfing i scenografia gotowa: dachy wzięło się z "Assassin's Creed", obcisłe trykoty z "Batmana" i "Avengersów", mroczne, na poły modernistyczne wnętrza kościołów od Terry'ego Gilliama, faszystowskie mundurki z "Gwiezdnych wojen". Jeszcze tylko kaptur przybijany do miejskich ścian w roli znaku oporu – wicie, rozumicie, takie HOODy – i voila! Rewolucja społeczna może dobrze wyglądać.


Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć, zaliczam się do tej kategorii widzów, którym rewizje historyczne, a już tym bardziej gatunkowe, nie tylko nie przeszkadzają, ale sprawiają ogromną radość. Kibicuję większemu udziałowi czarnoskórych aktorek i aktorów w produkcji filmowej, cieszy mnie coraz większa reprezentacja tematów związanych z wykluczeniem ekonomicznym, globalnymi nierównościami, emancypacją mniejszości. Jeśli jednak coś skacze mi na łeb, okłada pięściami i krzyczy "Jestem tak bardzo lewicowy, kochaj mnie!", instynktownie omijam maszkarę szerokim łukiem. "Robin Hood" Ottona Bathursta to właśnie takie nietaktowne trollisko – antyestablishmentowy i przeglądający się we współczesności jak w brudnej kałuży, a jednocześnie zawdzięczający swoje istnienie pokaźnym transferom bankowym i czerpiący pełnymi garściami z najbardziej banalnego, obskuranckiego formatu blockbusterów, gdzie twarze aktorów są zawsze pozbawione wyrazu, a świat – głębi.

Bo przecież nie wystarczy skręcić ze sobą kilku lewicowych klisz, żeby od razu móc się mienić jakobinem. Pomysł na rewizję uszyto w "Robin Hoodzie: Początku" grubymi nićmi, średniowieczne realia traktując bardzo umownie, w kategoriach uniwersalnej ludowej legendy, którą bez trudu można odnieść do różnych momentów historycznych na zasadzie banalnej paraleli – zły przywódca tam równa się Donald Trump tu, wyprawy krzyżowe wtedy równa się Irak, Afganistan i kryzys migracyjny dzisiaj, dobry złodziej z opowieści równa się Occupy Wall Street i Bernie Sanders z telewizji. Mamy więc Nottingham wysyłające swoich poddanych na krucjaty do świata arabskiego oraz złego Szeryfa, figurę nowoczesnego populisty-dyktatora, czytelną nawet dla średnio rozgarniętego dwunastolatka. Wódz obarcza poddanych specjalnym podatkiem wojennym, usprawiedliwiając kolejną daninę – a jakże! – muzułmańskim zagrożeniem dla europejskiego stylu życia. "Saraceni nienawidzą nas za naszą wolność!" – krzyczy z mównicy Szeryf, parafrazując klasyczny już tekst George'a W. Busha – "Spalą wasze domy! Spalą waszą ziemię!". Temu populistycznemu spektaklowi przysłuchują się gładziutki Robin Hood (średnio pasujący do tej roli Taron Egerton z "Kingsmanów") oraz jego mentor i nauczyciel łucznictwa – mauretański wojownik John (Jamie Foxx). Ci kolesie już wiedzą, że przemówienie Szeryfa to tylko retoryka, za którą kryją się partykularne interesy – wielkie pieniądze, władza, rząd dusz, układ Ratusza z Kościołem. Aż chce się skorzystać z internetowej nowomowy: "Pierwsi wytropili spisek, lewica ich za to nienawidzi". 


I tak Hood, zdrajca własnej klasy, zaczyna grać na dwa fronty, totalnie po batmanowsku. Sierota z wielkich posiadaczy ziemskich, przymusowo wysłany na krucjatę, wraca do Nottingham upokorzony i straumatyzowany okrucieństwem kolonialnej Europy. Pod jego nieobecność Szeryf zlicytował rodzinny majątek Locksleyów, a ukochana Marion (Eve Hewson z "The Knick") –  zamieszkała w slumsach razem ze średniowiecznym Christianem Greyem (Jamie Dornan dzięki Bogu zupełnie nieatrakcyjny i niesympatyczny), znanym przywódcą lokalnej centrolewicy (myśli, że pomoże ludowi współpracując z establishmentem). W Gotham szykuje się zatem wielka rewolucja – w nocy jej przywódcą i idolem jest Robin Hood, zamaskowany rabuś plądrujący konwoje, kościelne tace i wielopoziomowe skarbce miejskie. Z kolei za dnia sir Locksley udaje prawilniaka, bratając się z elitą i klerem, a po cichu wykradając najtajniejsze z Tajnych Planów. To wszystko odbywa się na tle dziwacznej, nieco teatralnej scenografii, miksującej styl "Igrzysk śmierci" z "Grą o tron", która to scenografia raczej nie przydaje konnym i łuczniczym akrobacjom większego autentyzmu. Akcja to z kolei czysty chaos, jest za szybka i zbyt skokowa, żebyśmy w ogóle dali radę czymś się rozemocjonować – bomby wybuchają, konie galopują po wąskich drewnianych kładkach, łuki to karabiny maszynowe, szczegóły giną w powodzi dźwięków i obrazków. Za wiele nawet z poprawką na standardy blockbusterów. Prędkość światła może fajnie wygląda na papierze, ale dla tego, kto później patrzy, przypomina czarną plamę. 


"Robin Hood" jest więc takim lewicowym popkorniakiem, który zanudzi nawet najtwardszych lewaków. Nie tylko dlatego, że kreuje świat tak płaski i sztuczny, że zwyczajnie nie chce się o niego walczyć. Chodzi także o fabułę sprowadzoną do serii frazesów. Nacjonalizm jest arcyfrazesem z gazety, różnice kulturowe i polityczne to frazes z telewizji, sprawiedliwość społeczna – frazesjada pod flagą life coachingu ("Każdy może zmienić swój los!"). Cienki tytoń opakowano w tanią popkulturową zwijkę – pierwsze sceny to przecież "Snajper" żywcem pojmany, z wieży saraceni-terroryści nawalają ze swoich super-kuszo-karabinów, wow! A im dalej w las, tym nawiązania stają się tańsze, aż po samą rewolucję plebsu z Nottingham – kadrowaną podobnie jak niesławna reklama Pepsi z Kendall Jenner, w której protest hipsterów zamieniał się w manifestację przywiązania do napoju gazowanego. Niechże już sobie ta Marion rozdaje zupę w slumsach w pełnym makijażu, skórzanym trykocie i z odsłoniętą piersią, proszę bardzo. Nie nazywajmy tego jednak "przepisywaniem historii". Skoro zakończenie jasno sugeruje, że Robin będzie kontynuowany, proponowałbym w międzyczasie małą rewizję podejścia. Można na przykład wyczyścić łapki z resztek ideologicznej farby i skupić się na produkowaniu jakościowej rozrywki. Zaprawdę, wystarczyłby nam jeden Robin, za to porządny. Bez bieda-polityki, obojętne mi – z lewej czy z prawej strony. Dajcie ludzie spokój z taką #Rewolucją!
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (49 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie