Recenzja filmu To boli (2017)
Sjoerd de Bont

Wąsate duchy bullyingu

"To boli" z perspektywy ciężaru gatunkowego nie kwalifikuje się nawet do konkurencji piórkowej. Rzadko piszę takie rzeczy w recenzjach, ale tym razem zrobię wyjątek: holenderski produkcyjniak ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa To boli (2017)
Zaprawdę, powiadam wam – nie mam bladego pojęcia, z jakiej galaktyki przybywa do nas "To boli". Z tak wąską dystrybucją – jedno kino w Warszawie i jeden seans dziennie – nie jest to raczej typowa premiera kinowa. Na serwisy streamingowe jest z kolei zbyt cienko pod względem warsztatu oraz potencjału ściągania uwagi. Jeśli komuś chciałoby się przeprowadzić dochodzenie, wyszłoby mu pewnie, że "To boli" powstało jako odpad atomowy w holenderskiej fabryce telewizji. Holendrzy nie wiedzieli, co z tym fantem zrobić, załadowali więc rakotwórczą substancję do ołowianej kapsuły i wystrzelili w kierunku Polski. 


Telewizję widać tutaj gołym okiem – i to telewizję nieudaną, dydaktyczną w sposób zamierzchły, paździerzowy, pozbawiony ducha i serca. Potencjalnie miał to być chyba mariaż filmu coming-of-age z horrorem i "Opowieścią wigilijną" Karola Dickensa. Licealista Danny odbija sobie domowe kłopoty na Susi, drobnej i nieśmiałej koleżance z klasy. Z sadystyczną regularnością kpi z jej homoseksualności, tortury psychiczne dawkuje metodycznie, z grymasem rozkoszy na ustach. Oczywiście w tego typu produkcjach od początku wszystko zmierza w kierunku przemiany gnębiciela w przyjaciela, a tutaj dodatkowo odbywa się to w kluczu fantastyczno-spiskowym. Pod wpływem czarów (albo dragów) wróżki-celebrytki, Danny otrzymuje możliwość kasandrycznego wglądu we własną przyszłość. W mrocznych (i w sumie pociesznych) wizjach bierze udział w procesie – oskarżycielką jest Susi, a sędzią tajemnicza kobieta w czerni (duch zeszłorocznego bullyingu?). Prześladowcy dziewczyny – w tym nasz bohater – oglądają na ekranach traumatyczne wspomnienia z czasów szkolnych, a następnie są z marszu uznawani za winnych i torturowani na różne wymyślne sposoby. Przywiązani do krzeseł czekają na swój los przy akompaniamencie chichotów i złowrogich gestów dawnych ofiar. 

Jeśli cały ten pomysł wydaje się Wam tyleż intrygujący, co infantylny – witajcie w klubie. Przemoc rówieśnicza zasługuje oczywiście na filmową uwagę i otrzymuje ją od wielu lat – temat był przepracowywany w kinie i telewizji, z lepszym i gorszym skutkiem, na tysiące różnych sposobów i będzie jeszcze na milion kolejnych. Natomiast "To boli" z perspektywy ciężaru gatunkowego nie kwalifikuje się nawet do konkurencji piórkowej. Rzadko piszę takie rzeczy w recenzjach, ale tym razem zrobię wyjątek: holenderski produkcyjniak jest po prostu bardzo słabo i pospiesznie wykonany, najbliżej mu do fabularyzowanego przerywnika w telewizji śniadaniowej albo nieco lepszej docudramy. Młodzi aktorzy grają bardzo sztucznie, wyraźnie bez wsparcia doświadczonej i empatycznej ekipy reżyserskiej. Świat szkoły i nastoletniości zamienia się w konsekwencji w czystą tandetę i przyczynkarstwo rodem z reklamy serka topionego. Nie mam pojęcia, w jaki sposób współczesna młodzież miałaby odnaleźć siebie i własne doświadczenia w dialogach i zachowaniach tak suchych, monotonnych i niemłodzieżowych, że aż pękają od tego szybki smartfonów i łamią się deskorolki. Fajniejsze i bardziej żywe bywają już amatorskie nagrania ze studniówek. 


Jest to poza tym ten tragiczny przypadek obrazka instruktażowego, w którym pouczenie, morał i chęć modelowania zachowań całkowicie przykrywają filmowe środki wyrazu. W "To boli" medium oparte bądź co bądź na fabule traktuje samą opowieść w kategoriach zła koniecznego, bo najważniejsze jest zademonstrowanie młodzieży, z jakimi emocjami i tragediami łączy się przemoc rówieśnicza oraz jakie demony psychologii mieszają siarkę w wielkim kotle nietolerancji. A są to demony tak zerojedynkowe i nijakie, że swoją wewnętrzną konstrukcją przypominają puszkę coli z zawleczką – wciśniesz zbyt szybko i gwałtownie, a zawartość opryska ci twarz, spodnie i jeszcze kolegę obok. Całość ma więc tyle powabu, co creepowy wuj-zgrywus, który u ciotki na imieninach drze się do siostrzeńców już od progu: "No hejka, krejzole, w szkole klawo? Nirvanka wydała już nową płytę? Ale czad!". Dlatego całą wesołą familię uprasza się: obetnijcie wreszcie temu typowi wąsy. I naklejcie w to miejsce grubą warstwę taśmy izolacyjnej.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 2/10 bardzo zły