Recenzja filmu

Chcę Więcej (2025)
Damian Matyasik

Wał(konie)

Historię – opartą ponoć na faktach – przekrętu na blika można byłoby opowiedzieć na dziesiątki sposobów. Jako heist movie, kino gangsterskie, akcyjniak albo cyber-thriller – z odrobiną humoru, z
Wał(konie)
źródło: Materiały prasowe
Mam silne wrażenie, że ktoś próbuje mnie oszukać. To wszystko musi być jakimś większym przekrętem, jak ten na wnuczka czy policjanta. Albo na blika. "Cześć, mam taką fajną historię do opowiedzenia. Kup bilet, patrz, jakie mam gwiazdy w obsadzie. Będziesz zadowolony". A po seansie macham ręką. Nie będę się przecież wykłócał o te kilkadziesiąt wydanych złotych. Co straciłem, to moje. Ale poczucie, że ktoś mnie zrobił w wała – pozostaje.

No bo kolorowy zwiastun (neonowy is the new black!), niezłe nazwiska w obsadzie (Frycz, Bluszcz, Cyrwus, Musiałowski, Stramowski), niezwykle aktualny i atrakcyjny temat (internetowe oszustwa) i na dodatek celebrytka (Julia Wieniawa) na pierwszym planie to całkiem zgrabna obietnica. Może nie od razu jakiegoś wielkiego kina, ale takiego, które będzie trzymać poziom, będzie potrafiło zaproponować spójną fabułę, przekonujące postacie, odrobinę emocji i refleksji na temat omotania wszechobecną technologią. Tymczasem okazało się, że to ściema taka sama jak ta, że twojemu kumplowi właśnie skończyła się kasa w kolejce po zakup leków w aptece i potrzebuje szybkiego blika.


I nawet nie chodzi o to, że to zwyczajnie słabe kino – takich filmów jest wiele, przechodzi się obok nich raczej z obojętnością. Ale "Chcę więcej" jest inne – moralnie podejrzane, oparte na glinianych nogach mętnej etyki. Twórcy bowiem każą nam sympatyzować ze zgrają młodych – a do tego miłych, utalentowanych i zaradnych – ludzi, którzy w imię większego dobra decydują się na mniejsze zło. Ojciec dziewczyny Marcina (Maciej Musiałowski), sympatyczny Zbyszek (Przemysław Bluszcz), nagle zostaje zdiagnozowany jako chory na poważną chorobę, na którą jest tylko jeden lek, kosztujący półtora bańki w dolarach. Ani to zebrać w zbiórce, ani uczciwie zarobić. Dilerka zajmie za dużo czasu i generuje zbyt wielkie ryzyko. Młody, miły, utalentowany i zaradny (i – na dodatek – kochający swoją dziewczynę) Marcin wpada jednak na "genialny" pomysł: a jakby tak oszukiwać ludzi na blika? Małe kwoty, nikt się nie poskarży policji, społeczna szkoda niewielka, a szybko i łatwo można uzbierać pieniądze na leczenie sympatycznego Zbyszka. Normalnie współczesny Robin Hood!

Niby z początku bohaterowie mają jakieś wyrzuty sumienia, Hania (Wieniawa), córka chorego, pięć razy to podkreśli, zanim oszuka pierwszego "klienta". Ale potem już idzie – hop, przeskok o 11 miesięcy, kaska zebrana, leczenie zakończone, można zwijać manatki. Ale nie, oczywiście, że nie, w tej historii musi być przecież jakiś zwrot akcji – no bo przecież, jak nam spoileruje tytuł, ktoś musi zakrzyknąć: "chcę więcej!". I – według twórców – dopiero w tym momencie robi się problem, jakby siódme przykazanie brzmiało "nie kradnij za dużo", bo najwyraźniej trochę – można. Szczególnie na zbożny cel.


Historię – opartą ponoć na faktach – przekrętu na blika można byłoby opowiedzieć na dziesiątki sposobów. Jako heist movie, kino gangsterskie, akcyjniak albo cyber-thriller – z odrobiną humoru, z gatunkowym nerwem, wyrazistym montażem albo przynajmniej mocnym społecznym przekazem albo chociaż interesującą teorią spiskową (zła Big Pharma!). Ale Damian Matyasik zamiast tego wolał nakręcić dydaktyczny moralitet i z pełnym przekonaniem, zmarszczonym czołem i kiwając groźnie palcem ("nu, nu, nu, nie wolno!"), przestrzegać: "nie kradnij (za dużo)!". Całkiem na serio twórcy nas próbują przekonać, że póki bohaterowie kradną małe kwoty i zbierają na leczenie, to wszystko jest w porządku – pomyśl o tym, jak ktoś cię oszuka w internecie, od razu ci się zrobi na serduszku cieplej, bo to prawie jak byś wziął udziału w charytatywnej zbiórce. To jest fundament, na którym twórcy próbują budować cały moralny przekaz tej opowieści – i wymagają od nas empatii wobec bohaterów, którzy coraz głębiej wchodzą we wciągające bagno.

Inna sprawa, że konstruują te postacie, całkowicie ignorując jakąkolwiek psychologiczną wiarygodność. Główny bohater z miłego, utalentowanego i zaradnego chłopaka zmienia się w złego, egoistycznego, pazernego wałkonia od tak, w jedną chwilę – najwyraźniej, by historia doczekała się zwrotu akcji. Co prawda twórcy próbują to tłumaczyć niską samooceną, próbą wyrwania się z cienia ojca, ale to jest tak mało wiarygodne i szyte grubymi nićmi, że chyba byłoby lepiej, jakby twórcy niczego nie próbowali tłumaczyć. Z dziewczyną – to samo. Miła, dobra, wrażliwa daje się urobić po dwóch zdaniach, jakby tylko czekała aż jej zaradny chłopak wpadnie na jakiś masterplan.


Gdyby jeszcze ta nachalna (i bardzo dyskusyjna) misja moralna była w tle, przykryta ciekawie opowiadaną historią, dobrze zrealizowanym widowiskiem, dynamiczną fabułą – tymczasem nic takiego nie ma miejsca. Realizacja jest na poziomie przeciętnych telenowel z dodanymi neonowymi kolorkami (bo skoro mowa o komputerach, najwidoczniej muszą być neony, jakby ci hakerzy siedzieli w tych światłowodach). Nie ma tu ani dynamicznego montażu, ani odrobiny adrenaliny, ani nawet momentu niepewności czy dramatyzmu – zamiast nich są ciągnące się w nieskończoność nadmiernie opisowe i sztuczne dialogi. 

Przy tym wiele potencjalnych wątków jest sygnalizowanych i puszczonych – zwyczajnie niedokończonych. Gdy pomagający chłopakowi mafioso pyta się, czy ten nie boi się, że go oszuka, nie dzieje się nic – najwyraźniej bonzo jednak ma szczerozłote serce, bo faktycznie już w tej historii się nie pojawia. Jeden z kumpli Marcina w jednej z pierwszych scen podgląda go podczas seksu z dziewczyną. Czy jest zazdrosny? Będzie próbował odbić mu partnerkę? Nie, nic z tych rzeczy – do wątku nie powracamy. A gdy główny bohater pięć razy powtarza w różnych momentach, że oszukiwanym sprzedaje wciąż tę samą, prostą historię, uczulając innych, by nie szarżowali, to – ponownie – wątek nie doczekuje się żadnej puenty. Jakby ktoś zdecydował się kręcić film przed porządnym przejrzeniem scenariusza.


I to niechlujstwo boli najbardziej. Bo film obiecuje wiele – może najwięcej dzięki obsadzie, szczególnie złożonej z młodych aktorów. Maciej Musiałowski, Sebastian Dela, nawet Julia Wieniawa naprawdę zdają się robić, co mogą, by cała ta opowieść jakkolwiek się kleiła. Ale ile łez by nie przelali, ile modulacji głosu nie zastosowali, jakich min nie robili, ile piosenek nie zaśpiewali – i tak nie poprawią tego, co od nich nie zależy. Ich też należy dopisać do grona oszukanych.
1 10
Moja ocena:
3
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?