Recenzja filmu Misja Yeti (2017)
Pierre Greco
Nancy Florence Savard

"Misja Yeti" zgrabnie wpisuje się w schematy: wygrywa przyjaźń (choć proces jej nawiązywania i umacniania pozostawia pewien niedosyt), dobro i chęć przeżycia nowej przygody; natura to z kolei ...
Filmweb sp. z o.o.
Jak na mityczne zwierzę, którego nikt nigdy nie widział, motyw poszukiwania yeti cieszy się zaskakującą popularnością w popkulturze. W powszechnej świadomości dominuje wizerunek białego stwora, będącego swoistym skrzyżowaniem cech niedźwiedzia i człekokształtnej małpy, który równie często pojawiał się na ekranie, jak i w badaniach specjalistów. Już z pierwszych wypraw himalaistów przywożono zdjęcia śladów legendarnej bestii, a w latach 50. na terenie Nepalu objęto go nawet ochroną, co tylko podsycało wyobraźnię.

Akcja animowanego filmu Pierre'a Greco i Nancy Florence Savard przypada na apogeum "mody na yeti", zapoczątkowanej po przełomowym 1951 roku, kiedy to Eric Shipton wrócił do Europy z odbitkami odcisku stopy "człowieka śniegu". Sam punkt wyjścia jest tu mocno pretekstowy: na skutek zbiegu okoliczności, w 1956 roku w Quebecu przecinają się drogi Simona Picarda, ambitnego adepta antropologii, oraz detektyw Nelly Maloye, "nieustraszonej poszukiwaczki prawdy". Pozornie niedopasowany duet mocnego w gębie, ale słabego w działaniu naukowcy oraz rezolutnej, masowo rozdającej wizytówki agentki niemal natychmiast wyrusza do Nepalu na tytułową misję 
w poszukiwaniu – według Simona – brakującego ogniwa łańcucha ewolucji człowieka. Wyprawę sponsoruje natomiast pseudointeligent z wyższych sfer, przywdziewający strój amatora safari, który licząc na sławę i szybkie wzbogacenie, wykorzystuje głównych bohaterów; niemal od początku odgrywa on też rolę klasycznego czarnego charakteru.

Zetknięcie z inną kulturą nie prowokuje tutaj właściwie poważniejszych napięć, nie licząc piekielnie ostrych jak na europejskie przełyki lokalnych papryczek. Nelly i Simon szybko nawiązują nić porozumienia z miejscowym szerpą, Tenzingiem, oraz przejmują tradycyjne indyjskie powitanie namaste (dosłownie: "pokłon tobie") z towarzyszącym mu półukłonem 
z dłońmi złożonymi na wysokości serca, uznawanym za siedzibę boskości w człowieku. Przewodnik Kanadyjczyków uczy ich też stoickiego podejścia do rzeczywistości, powtarzając motto z przypowieści o chińskim wieśniaku, głoszonej przez Anthony'ego de Mello, indyjskiego jezuitę i mistyka. Słowa "Szczęście, a może i nieszczęście – kto to może wiedzieć" przestrzegają przed zbyt pochopną oceną własnego położenia, które może diametralnie się zmienić; zawsze warto więc żywić nadzieję, ale i mieć się na baczności.

"Misja Yeti" zgrabnie wpisuje się w schematy: wygrywa przyjaźń (choć proces jej nawiązywania i umacniania pozostawia pewien niedosyt), dobro i chęć przeżycia nowej przygody; natura to z kolei miejsce docelowe mądrej eksploatacji. Historia niby niepozbawiona jest humoru, ale przez marny timing komediowy wydaje się on mijać z gustami zarówno młodszych, jak 
i starszych widzów. Proste przesłanie wpisane zostaje w dość przeciętną, pozbawioną precyzji odwzorowywania detali czy mimiki postaci animację. Poważny mankament stanowi przestarzały zabieg rodem z gier komputerowych z lat 90., w których na dwuwymiarowym tle, nieudolnie próbującym stworzyć iluzję głębi, renderowano trójwymiarowe postacie. Nawet więc Mount Everest nie robi tutaj większego wrażenia, a przecież jego monumentalność powinna być powodem, dla którego – jak mówi Simon – "wszyscy czujemy się obco" wobec tak przygniatającej przewagi sił natury.

Do najmłodszego widza skierowana jest właśnie proekologiczna wymowa "Misji Yeti". Wraz z poznawaniem nienaruszonego przez cywilizację środowiska tajemniczych stworzeń, nabywania do niego szacunku i uświadamiania sobie roli człowieka w jego ochronie, prywatne korzyści Nelly i Simona ustępują "interesowi przyrody". W krótkiej wstawce, funkcjonującej jako swoisty antyspot reklamowy z wesołym motywem muzycznym, zaprezentowane zostają konsekwencje ujawnienia dowodów na istnienie zwierzęcia. Nawet w uproszczonym ujęciu, zresztą ze sporą dozą słuszności, zachodnia cywilizacja jawi się jako bezmyślny, chciwy tępiciel przyrody, budujący sztuczny świat na nieskażonych ludzką stopą terenach, wtłaczający każdą atrakcję 
w gotowe marketingowe ramy, na które składają się parki rozrywki, restauracje i parkingi. Nelly już wcześniej smutno konstatuje: "Czego to ludzie nie zrobią, żeby zarobić na turystach", a Savard 
i Grecco pokazują alternatywną wersję historii, w której choć jedno ważne odkrycie może się bez całej tej konsumpcyjnej otoczki obejść.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).
Joanna Krygier
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły