Recenzja filmu

Arab Blues (2019)
Manele Labidi
Golshifteh Farahani
Majd Mastoura

Looney Tunis

W filmie Manele Labidi nie znajdziecie panów w arafatkach wygrywających rzewne melodie na bandżo i harmonijce. Blues oznacza tutaj stan ducha - frustrację, apatię, poczucie pustki. Wszystko to, z ...
Looney Tunis
Niech Was nie zwiedzie tytuł. W filmie Manele Labidi nie znajdziecie panów w arafatkach wygrywających rzewne melodie na bandżo i harmonijce. Blues oznacza tutaj stan ducha - frustrację, apatię, poczucie pustki. Wszystko to, z czym mierzą się pacjenci głównej bohaterki,  psychoanalityczki Selmy, która po blisko trzech dekadach powróciła z Paryża do rodzinnego Tunisu. O sprawach wagi ciężkiej debiutująca reżyserka opowiada jednak w zaskakująco lekki, ironiczny sposób. Najlepszym symbolem jej artystycznej strategii jest fotografia Zygmunta Freuda w fezie, który terapeutka wiesza na ścianie swojego gabinetu. W doklejonym w photoshopie egzotycznym nakryciu głowy naukowiec wygląda komicznie, a mimo to nie traci majestatu.



Niezamężna, bezdzietna i wyemancypowana Selma jawi się ultrakonserwatywnym Tunezyjczykom niczym przybysz z odległej planety. Pomimo uprzedzeń, nieporozumień na tle kulturowym oraz kłód rzucanych pod nogi przez złośliwych urzędników bohaterce udaje się jednak rozkręcić działającą na pełnych obrotach praktykę. W pokoiku na poddaszu pacjenci mogą nareszcie zrzucić zakładane na potrzeby społeczeństwa maski i opowiedzieć o swoich problemach. Pod psychoanalitycznym mikroskopem lądują m.in. toksyczne relacje rodzinne, uzależnienia, religia oraz traumy z przeszłości. Z kolejnych wyznań powoli wyłania się portret współczesnego arabskiego społeczeństwa: przywiązanego do tradycji, a zarazem łypiącego z zazdrością na liberalny Zachód, zmagającego się z zapaścią gospodarczą, biurokratycznym betonem oraz radykalizującymi się nastrojami politycznymi. Szczera rozmowa przynosi ulgę, a zarazem stanowi pierwszy krok w kierunku lepszego, bardziej świadomego życia.

Selma niesie pomoc, ale sama także jej potrzebuje. W filmie Labidi najciekawszy wydaje się wątek szukania tożsamości oraz własnego miejsca na ziemi. Bohaterka - dla Francuzów zbyt arabska, a dla Tunezyjczyków za bardzo europejska - stara się iść przez świat na własnych zasadach. Odwaga, by nie oglądać się na normy i konwenanse, skazuje ją jednak na alienację. Selma nosi się niemal jak kowboj, odpala papierosa od papierosa i potrafi bez pardonu naubliżać niekompetentnym policjantom. Pod tym solidnym pancerzem kryje się jednak wrażliwa, zagubiona i podatna na zranienie osoba. Grającej głównej główną rolę Golshifteh Farahani udało się z wdziękiem połączyć dwa jakże odległe oblicza terapeutki. Znana z "Patersona" aktorka wypada równie wiarygodnie, gdy niczym lwica wykłóca się w urzędach o potrzebne zezwolenia i kiedy w chwili kryzysu daje wreszcie upust emocjom.



Szkoda jedynie, że otaczający Selmę wianuszek ekscentrycznych postaci drugoplanowych nie dostaje więcej czasu ekranowego. Chciałbym dowiedzieć się więcej zarówno o przeżywającym duchowe rozterki imanie, roztrajkotanej właścicielce zakładu fryzjerskiego jak i matce niepotrafiącej nakłonić dorosłego syna do opuszczenia rodzinnego gniazda. Niezbyt wiarygodnie wypada także kiełkujący na uboczu potencjalny romans między Selmą a apodyktycznym, zafiksowanym na punkcie regulaminów policjantem. Jeśli mimo wszystko macie ochotę na niegłupią komedię obyczajową w egzotycznej scenerii, wybierzcie się do kina i poczujcie tego "Bluesa".
1 10
Moja ocena:
6
Łukasz Muszyński
Zastępca redaktora naczelnego Filmwebu. Stały współpracownik radiowej Czwórki. O kinie opowiada regularnie także w TVN, TVN24, Polsacie i Polsacie News. Autor oraz współgospodarz cyklu "Movie się",... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
87% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (23 głosy).