Recenzja filmu

Bird (2024)
Andrea Arnold
Nykiya Adams
Franz Rogowski

Rodzina zbudowana wbrew instrukcji

W teledysku do piosenki ''Bug'' od Fontaines D. C. możemy obejrzeć krótką sekwencję o relacji córki z ojcem. Tytułowy Bug utworu to bohater filmu "Bird", a sceny z klipu to rozszerzenie kinowego
W teledysku do piosenki ''Bug'' od Fontaines D. C. możemy obejrzeć krótką sekwencję o relacji córki z ojcem. Tytułowy Bug utworu to bohater filmu "Bird", a sceny z klipu to rozszerzenie kinowego obrazu z wykorzystaniem scen, które nie weszły na ekran. Z kolei z określeniem, kim jest tytułowy bohater filmu jest trudniej, bo w zasadzie nie tylko nie bardzo wiemy kim jest, ale też czy jest w ogóle.


Na tym, że Andrea Arnold postanowiła stworzyć teledysk dla irlandzkiej grupy  powiązania się nie kończą. W scenie otwierającej Bug (bardzo energetyczny i aktywny na ekranie Barry Keoghan) przerywa swojej córce Bailey (doskonale debiutująca Nykiya Adams) nagrywanie ptaków, woła żeby szybko wsiadała na elektryczną hulajnogę i podekscytowany zawozi ją do domu, puszczając po drodze z głośnika i wydzierając się do "Too Real" (no i jest jeszcze Carlos O'Connell z Fontainesów w obsadzie!). Okazuje się, że powodem radości było znalezienie nowego sposobu na biznes, a do tego zaręczyny. Bailey musi zderzyć się z nowym stanem rzeczy i byłoby jej prościej, gdyby nie inne fakt, że na co dzień żyje w w squacie, w zapyziałej okolicy, w której narkomania i alkoholizm mają się świetnie. W świecie dorosłych, żyjących w takich warunkach, młodzi ludzie, często jeszcze dzieci, wyrastają na tych bardziej odpowiedzialnych, którzy sami musza nauczyć się rozwiązywać problemy, a przede wszystkim w ogóle jakoś przetrwać.


Przybrany brat Bailey, Hunter (Jason Buda) w tym celu przyłącza się go gangu przeprowadzającego egzekucje działające w myśl brutalnego samosądu – skoro ty bijesz rodzinę, my pobijemy ciebie. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że w takich okolicznościach można porzucić wszelką nadzieję, a jednak film cały czas, od samego początku, swoim backgroundem sugeruje, że nie powinniśmy tego robić. W okolicy, w której prawie każdy wolny kawałek powierzchni pokrywa graffiti nie oglądamy chamskich, antypolicyjnych albo innych tego typu tekstów, a raczej sekwencje jak z motywacyjnych tapet na telefon albo obrazków do wystroju wnętrz, w stylu „good vibes only” albo „hope”. Uosobieniem tych nadziei staje się spotkany przez Bailey na łące Bird (od pierwszej sceny ogromnie hipnotyzujący Franz Rogowski). Jest trochę mężczyzną, trochę chłopcem, tańczy, biega w kółko, mówi z dziwnym akcentem, zachwycony podziwia wschód słońca. Dziewczyna szybko przestaje widzieć w nim potencjalne ryzyko. Arnold oswaja nietypowość i pokazuje, że nie mamy bać się dziwności, a zamiast tego powinniśmy zwrócić uwagę na faktyczne zagrożenia, jak pojawiające się na każdym kroku akty przemocy i opresji dokonujące się często z rąk tych "normalnych".


Bird (wędrowiec szukający śladu po krewnych, postać nie z tego świata, wyobrażenie?) dla 12-letniej outsiderki staje się potrzebnym przyjacielem, towarzyszem, opiekunem. Nawet jeśli jest projekcją dziecięcej wyobraźni, to dla Bailey staje się stróżem, nadzieją na wydostanie się ze wszechobecnego syfu, warstwą ochronną. Reżyserka pokazuje mechanizmy obronne, które dla dzieci z rodzin z problemami, które tkwią w ciągłym, męczącym trybie czuwania, stają się jedyną szansą na względnie normalne funkcjonowanie. Dla Bailey drugą strategią staje się nagrywanie filmów. Dziewczyna podgląda ptaki i motyle, jednak zawsze są one oddzielone jakąś granicą - szybą, płotem, stelażem. Są analogią sytuacji dziewczyny (i innych dzieci z okolicy), która sama jest na razie ptaszkiem w klatce prowincjonalnych patologii, przemocowego partnera matki i samotnego dojrzewania, a jej poczucie wolności jest tylko chwilą i iluzją dopóki tkwi w tym dusznym mieście. 


Hitem "Birda" jest soundtrack i sceny doskonale wykorzystujące piosenki. Barry Keoghan śpiewający na karaoke "Yellow" od Coldplay, bo jest na tyle podniosłe, żeby jego żaba mogła wydzielić halucynogenny jad albo końcowe sceny z wesela są tak przyjemne i urokliwe, że wyciągają na moment z brudu Kent, a my zapamiętamy je na długo!  

Przy tej okazji warto wspomnieć, że kochający karaoke ojciec, mimo wszystko kocha dzieci, chociaż nie ma pojęcia co z tym zrobić, bo kiedy przychodziły na świat sam był w ich wieku. Arnold nie stygmatyzuje pokazywanej społecznej klasy, ustanawia balans - z jednej strony piętnując agresję i tyranię, z drugiej diagnozując problem wielopokoleniowego zagubienia i braku wzorców. W efekcie dostajemy w gruncie rzeczy proste morały, które w tej estetyce działają dobrze, bo kicz, dziecięca perspektywa i baśniowa poetyka są tutaj w oczywisty sposób wpisane w konwencję. 
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Bird
Andrea Arnold od lat uchodzi za jedną z najciekawszych reżyserek brytyjskiego kina, umiejętnie łącząc... czytaj więcej