Wielka Wojna staje się zaledwie tłem dla kolejnej opowieści Lukasa Dhonta o potrzebie bliskości i akceptacji. Belg przepuszcza bitewny horror przez filtr queerowego romansu, przez co "Coward"
“Zapakuj zmartwienia do torby i uśmiechnij się" – podśpiewują chórem belgijscy żołnierze w drodze na front. Ich optymizm może dziwić, ale jest historycznie uzasadniony. W końcu Belgia – do czasu niemieckiej inwazji w 1914 roku – przez długie dekady pozostawała neutralna. Dla tych chłopców mundur to więc zupełna nowość, przebranie, którego znaczenie poznają dopiero po spojrzeniu w oczy śmierci. Między wojskową musztrą a zbieraniem zwłok z pola bitwy, przesiadywaniem godzinami w okopach a układaniem ciał kolegów w równe rządki, bohaterowie uciekają w rozrywkę i wodewilową maskaradę. Wielka Wojna staje się zaledwie tłem dla kolejnej opowieści Lukasa Dhonta o potrzebie bliskości i akceptacji. Belg przepuszcza bitewny horror przez filtr queerowego romansu, przez co "Coward" plasuje się bliżej wattpadowej fantazji niż widowiskowych dramatów wojennych pokroju "1917" i "Na Zachodzie bez zmian".
Reżyser nagrodzonego w Cannes "Blisko" i współtworzący z nim scenariusz Angelo Tijssens opierają swój trzeci wspólny film na prostych dualizmach, co szybko okazuje się zarazem jego największą wadą, jak i zaletą. Widać to już w konstrukcji głównych bohaterów: małomówny nieśmiałek Pierre (Emmanuel Macchia) wpada w oko charyzmatycznemu ekscentrykowi Francisowi (Valentin Campagne). Ten pierwszy to skromny rolnik o pragmatycznym usposobieniu, drugi – obdarzony wyobraźnią krawiec, który wkrótce stanie na czele trupy teatralnej mającej na celu podtrzymać morale żołnierzy. W obliczu wojennej tragedii Francis rozkwita. Gdy przebrany w drag stoi na scenie, śpiewając cienkim głosikiem o ulotności miłości, komediowe show nieoczekiwanie zamienia się w cichą elegię o przemijaniu. Tłum płacze, tłum szaleje, a stojący za kulisami Pierre odkrywa eskapistyczne oblicze sztuki.
Z początku exodus z wojennej rzeczywistości nie trwa w "Coward" dłużej niż chwilę. To przede wszystkim widok rozczłonkowanych ciał, umorusanych błotem i krwią zaprząta żołnierzom głowy. Ciał, które jeszcze wczoraj żyły pełną piersią, śmiejąc się do rozpuku i dyskutując z przyjaciółmi w obozowisku. Bolesny kontrast między korporalną witalnością a zimnym bezruchem wzmacnia siłę queerowego dotyku. Dlatego pierwszy pocałunek Pierre’a i Francisa dzierży moc kształtowania rzeczywistości oraz filmowej narracji. Od tej sceny twórcy robią wszystko, aby ucieczka w sferę wyobraźni trwała wiecznie. Im głębiej zanurzamy się w świat wodewilowych wygłupów, tym rzadziej wracamy do okopów. Im bardziej traumatyczne przeżycia czekają żołnierzy na froncie, tym większe show szykuje na drugi dzień Francis. Zabieg ten prowokuje krytykę, w końcu Dhont ucieka od realizmu, odwracając wzrok od rozgrywającego się wokół cierpienia. Ale czy aby na pewno?
Mimo że kostucha czyha na mężczyzn każdej nocy, Belg zamiast na śmierci woli skupić się na życiu. Dni w obozie mijają bowiem zbyt szybko i za wolno jednocześnie, zlewając się w jedną bezkształtną całość. Dragowe przedstawienia Francisa stają się namiastką nowej obozowej normalności, dzięki czemu zaskakująco łatwo można ulec złudzeniu, że wojna dawno się już skończyła. Starania chłopaka szybko zyskują przychylność dowódców oddziału – Ci finansują teatrzyk z państwowych pieniędzy, klaszcząc najgłośniej w pierwszych rzędach widowni. Dhont może i nie uniknie zarzutów o infantylizację wojny, ale przynajmniej broni swojej wizji konsekwentnie, od początku do końca. To nie tak, że jest na te oskarżenia głuchy – przecież Pierre też w którymś momencie zaczyna kwestionować własną moralność. Emanacją jego niepewności staje się scena szpitalnego przedstawienia. Żołnierze bawią się i śpiewają, mając za widzów obandażowanych i porozrywanych przez pociski rówieśników. Przewodzący spektaklowi Francis nie przerywa fiesty, nawet, gdy w takcie jeden z rekonwalescentów. zaczyna ostentacyjnie krztusić się krwią. "Robimy to dla żywych" – przypomina Francis kolegom z trupy.
"Coward" zderza tragedię narodu z rozterkami mniejszości, dlatego znów najważniejsza okazuje się tu poezja cielesnej mikroekspresji. Nie bez powodu pierwszy seksualne zbliżenie bohaterów należy do najbardziej wzruszających scen w filmie. Kamera nie odsłania za dużo, ale nie dlatego, że Dhont jest tytułowym tchórzem, który chce queerowość wygładzić lub ocenzurować. Francis i Pierre po prostu debiutują w rolach kochanków, a ich zbliżeniu towarzyszy mieszanka wstydu i młodzieńczej nieśmiałości. Zamiast lustrować swoje ciała centymetr po centymetrze, patrzą sobie głęboko w oczy. W niebieskich tęczówkach Valentina Campagne’a zresztą naprawdę łatwo się utopić. Aktor niesie opowieść swoją ekranową charyzmą i zawadiackim uśmieszkiem, a partnerujący mu Emmanuel Macchia, choć operuje na oszczędnych środkach, idealnie go uzupełnia.
Dhont i Tijssens stawiają w "Coward" pytanie o tchórzostwo. Czy jest nim dezercja? Okazanie współczucia wrogowi? A może ukrywanie przed światem swojej seksualności? Zastanawia się nad tym także Pierre, przechodząc w filmie przepiękną drogę od poruszającego się na oślep chłopaczka do pana swojego losu. Gdy po kilku tygodniach, a może miesiącach, na front trafiają kolejni żołnierze i z ich ust wybrzmiewa znany bohaterom refren: “Zapakuj zmartwienia do torby i uśmiechnij się", na twarzach obozowiczów widać jedynie dojmujący smutek oraz rezygnację. Pierre zaczyna dostrzegać siebie nie tylko w nowo przybyłych Belgach, ale także pojmanych i przerażonych wizją odwetu Niemcach. A co, jeśli nazywani przez bohaterów Hunowie niewiele różnią się od nich samych?
Francis w jednej ze scen zdradza ukochanemu, że pragnie, aby wojna nigdy się nie skończyła. Brzmi to absurdalnie, ale nie jest dalekie od prawdy – ta naprawdę daje bohaterom swoistą wolność. Póki dłoń Pierre’a jest niesprawna, ten może aktywnie udzielać się w teatralnej trupie. Gdy rana się zagoi, będzie musiał wrócić na rzeź. Do głowy protagonisty przychodzi więc myśl o ucieczce. Francis nie ma jednak złudzeń: ich związek nie ma racji bytu poza granicami obozu. To niesłychanie paradoksalne, że akurat jemu – największemu marzycielowi z oddziału braknie odwagi, by marzyć. Twórcy stawiają kochanków przed ogromnym dylematem, którego rozwiązania widzowie nie są pewni do samego końca. I choć "Coward" nie wykorzystuje swojego scenariuszowego potencjału (np. w wątku konfliktu wiary Pierre’a), epatuje reżyserskim banałem i cierpi na problemy z tempem, to niezwykle odświeżające obejrzeć queerowy film, w których mężczyźni nie są pozycjami z encyklopedii toksycznych zachowań, a zakochani geje nie kwestionują swojej seksualności. Dhont nie przestaje mnie zaskakiwać, odnajdując subtelność w nachalnej dosłowności własnej opowieści.