W konwencję noir znakomicie wpisuje się Nicolas Cage. Ben w jego wykonaniu to bohater obarczony nieprzepracowaną traumą, trochę zmęczony życiem, choć nadal dysponujący poczuciem humoru, sprytem i
Nawet jeśli filmy poświęcone Peterowi Parkerowi ukazują się w kilkuletnich odstępach (najbliższy już w lipcu), to studio Sony dba o to, by świat Spider-Mana żył własnym życiem. W ciągu ostatniej dekady dostaliśmy dwie fantastyczne animacje ("Spider-Man Uniwersum" i jego sequel) oraz serię filmów poświęconych przeciwnikom tego popularnego superbohatera (które przyniosły trochę pieniędzy, ale niekoniecznie jakość). Tuż za rogiem czai się kolejna produkcja - osadzony w alternatywnej rzeczywistości "Spider-Noir".
Tytułowy bohater zaliczył już debiut ekranowy – pojawił się we wspomnianych animacjach (choć w drugiej jedynie w cameo), a głosu użyczył mu Nicolas Cage, zresztą z powodzeniem. I to właśnie ten aktor dał Spider-Noirowi także twarz, zaliczając tym samym pierwszą w swojej karierze główną rolę serialową. Różnica jest taka, że Cage w serialu nie wciela się w kolejny wariant Petera Parkera, lecz w Bena Reilly’ego (nazwisko także znajome fanom Człowieka-Pająka). Ben zamieszkuje Nowy Jork lat 30., a więc czasów Wielkiego Kryzysu, i pracuje jako prywatny detektyw, ledwo wiążąc koniec z końcem. Kiedyś działał jako Pająk, ale po osobistej tragedii sprzed pięciu lat porzucił tę ścieżkę kariery.
Pierwszy odcinek "Spider-Noir" wrzuca nas głęboko w świat przedstawiony – nie dostajemy genezy mocy Bena, lecz poznajemy go, gdy prowadzi kolejne śledztwo. Jako że serial nawiązuje do stylistyki kina noir (czego nietrudno się domyślić), Ben raczy nas narracją z offu, przemierza miasto ubrany w płaszcz i kapelusz, odwiedza kluby, spotyka szemranych typów i piękną kobietę. Sprawa, którą przyszło mu badać, ma związek z gangsterem Silvermane’em (Brendan Gleeson) i choć Ben ma wiele do rozgryzienia, jednego może być pewny od razu – będzie niebezpiecznie.
Z trzech odcinków, które było mi dane obejrzeć, wyłania się obraz serialu, którego twórcy wyraźnie dobrze się bawią, mogąc nawiązać do stylistyki kina noir. Odcinki dostępne są w dwóch wersjach – czarno-białej i kolorowej – i sugeruję wybrać tę pierwszą opcję. Niektóre kadry są wyraźnie zaplanowane tak, by dobrze prezentowały się w czerni i bieli (udanie wykorzystują światło i cień), a wersja kolorowa wygląda po prostu mniej naturalnie i traci na klimacie.
W konwencję noir znakomicie wpisuje się Nicolas Cage. Ben w jego wykonaniu to bohater obarczony nieprzepracowaną traumą, trochę zmęczony życiem, choć nadal dysponujący poczuciem humoru, sprytem i odwagą. Wydaje się, że to rola w sam raz skrojona dla Cage’a. Ma tu okazję i wykazać się od strony dramatycznej, i pozwolić sobie na pewną dawkę charakterystycznego dla niego szaleństwa oraz ekspresji (a wierzę, że w kolejnych odcinkach jeszcze się rozkręci). Świetnie prezentuje się także jego superbohaterski kostium, bez udziwnień przeniesiony z komiksu do wersji live-action. Udanie przedstawiono działanie pajęczego zmysłu.
Oglądając "Spider-Noir", fani komiksów o Spider-Manie będą mogli odhaczać kolejne postacie znane z pierwowzoru (a raczej ich różne interpretacje). Oprócz wspomnianego Silvermane’a pojawia się m.in. Robbie Robertson (Lamorne Morris), Flint Marko (Jack Huston), Lonnie Lincoln (Abraham Popoola) czy Cat Hardy (Li Jun Li), będąca wariacją Black Cat. Bez względu jednak na to, czy postacie te debiutowały już na ekranie, czy nie, serialowe wersje są na tyle odmienne od klasycznych interpretacji, że można je traktować jako nowość.
Pierwsze trzy odcinki nastrajają pozytywnie na resztę sezonu, który zadebiutuje w całości, bez tygodniowego oczekiwania na kolejne epizody. Skupiają się bardziej na śledztwie i budowaniu klimatu niż na akcji, więc jeszcze stosunkowo rzadko mamy okazję zobaczyć Bena w kostiumie. Nie jest to jednak wada – już sam Cage niesie całość swoją charyzmą, a stylistyka noir i monochromatyczne kadry cieszą oczy, podobnie jak Nowy Jork lat 30. Po trzech odcinkach uczciwie mogę stwierdzić, że "Spider-Noir" podoba mi się bardziej niż inne aktorskie produkcje z uniwersum Sony, nawet jeśli konkurencja nie jest szczególnie duża. Z pewnością pomaga fakt, że tutaj faktycznie mamy do czynienia z jakąś wersją ekranowego Spider-Mana, a nie tylko z jego przeciwnikami – bo to we wspólnej konfrontacji obie strony wypadają najciekawiej. Daję kredyt zaufania i wierzę, że po całości sezonu będę skłonny jeszcze podwyższyć ocenę.