Uwaga, autor niniejszej recenzji przez małe "r" ostrzega, iż w tekście możliwe są do odnalezienia tak modne ostatnimi czasy spoilery, resory a nawet cała karoseria. Zatem jeśli ktoś chce
Uwaga, autor niniejszej recenzji przez małe "r" ostrzega, iż w tekście możliwe są do odnalezienia tak modne ostatnimi czasy spoilery, resory a nawet cała karoseria. Zatem jeśli ktoś chce skorzystać z wątpliwego suspensu podczas seansu, niech nie czyta dalej.
Jeffrey Gerritsen to reżyser zupełnie mi nieznany. Natomiast John V. Soto popełnił był film pod wiele mówiącym tytułem "Needle". Widziałem i oceniam na jakieś pięć gwiazdek, i to raczej w prezencie na dobry początek być może ciekawej kariery. W duecie stworzyli całkowicie przeciętną i letnią produkcję "Crush".
Julian student architektury, który dorabia, opiekując się domem podczas dłuższej nieobecności jego właścicieli. Jest to prawdziwa rezydencja z pięknym widokiem, basenem i w ogóle gustownie i smacznie urządzona. Posiada również monitoring. Julian jest zakochany w swojej dziewczynie, jednak kiedy pojawia się tajemnicza Anna, dochodzi między nimi do zbliżenia. I to wielokrotnego. Bohater naturalnie nie czuje się z tym dobrze i czyni sobie wyrzuty, choć nie przeszkadza mu to w kolejnym szczytowaniu wespół z Anną. I do tego momentu, jak wyraziłby się prokurator, można domniemywać, że mamy do czynienia z luźną wariacją filmu "Zauroczenie" z 1993 roku. Ewentualnie z mniej udaną kopią "Wielbicielki". Żeby już nie profanować klasyka "Fatalne zauroczenie".
Jednak druga część filmu, kiedy już dowiadujemy się, kim jest tajemnicza kochanka Juliana, czyni zeń horror. I to nudny. Motyw studentów jest typowy dla Johna V. Soto, co już wiemy po produkcji "Needle" Tym razem jednak reżyser mocno ograniczył liczbę aktorów i scenografię. Pytanie, czy chciał w ten sposób uzyskać duszną atmosferę, poczucie narastającego zagrożenia czy może najzwyczajniej w świecie zabrakło pieniędzy i należało ciąć koszty. Złośliwie stawiam na to drugie.
Twórcy nie wykorzystali nic z tego, co sami sobie przygotowali. Zarówno potencjału monitoringu zainstalowanego w całym domu, jak poczucia zagrożenia, narastającej fobii czy strachu. Trudno nawet mówić o jakimkolwiek napięciu. Nie wiem, po co zmarnowano tyle "taśmy" na pokazanie Juliana w roli adepta sztuk walki, chyba tylko po to, żeby mógł stłuc wazon. Pozostaje nadzieja, że panowie nie spotkają się już więcej na planie jako współpracownicy. Chyba, że po to, żeby udowodnić nam, że słaby "Crush" to tylko wypadek przy pracy.
Dystrybutor filmu reklamuje go jako śmiertelnie seksowny. Wiadomym jest, że rolą dystrybutora jest łganie na potęgę w sposób przyprawiający o zazdrość polityków. Prawda jest taka, że więcej seksu znajdziecie w oczach byłej posłanki samoobrony niż w tym filmie. Tak naprawdę jedna scena, w której Jack Nicholson i Jessica Lang lądują na kuchennym stole w niezapomnianej produkcji "Listonosz zawsze dzwoni dwa razy" zawiera więcej erotycznego napięcia i seksu wirującego w powietrzu niż jest w całej omawianej produkcji. Widocznie dzisiaj wystarczy umieścić słowo seks na okładce filmu, żeby schodził jak świeże bułeczki.
Idealnym podsumowaniem filmu, aktorów w nim występujących i reżyserów jest tekst takiej oto piosenki: To tylko oni żyjący w monotonii. Oni, to tylko oni i nic nie zostanie po nich. Oni, każdy kolejny to anonim. To tylko oni, brak celu oczy im przesłonił. To tylko oni.