Gdyby jednak przymknąć oko na niezliczone niedociągnięcia, okaże się, że "Dźwięk śmierci" ma całkiem oryginalne wyjściowe założenie. Nośnikiem zagrożenia jest aztecki gwizdek, ozdobiony czaszką i
"Jak uniknąć śmierci? Trzeba byłoby się nie urodzić". "Śmierć jest nieunikniona". Przez film Corina Hardy’ego przemykają kolejne odkrywcze sentencje. Wypowiadane z zadumą i refleksyjnością starają się sprowokować widza do głębokiego przemyślenia własnego życia. W tych momentach nawet otoczka metafizycznego horroru nie ratuje "Dźwięku śmierci", a wszechobecne poczucie grozy przełamuje nieprzystający i nieodpowiedni wybuch śmiechu. Tymczasem sytuacja jest naprawdę poważna, bowiem z niewiadomych przyczyn uczniowie pewnego amerykańskiego miasteczka zaczynają padać jak muchy. Wygląda na to, że nikt ich nie nauczył, że zabawa starożytnymi demonicznymi artefaktami nie jest najlepszym pomysłem.
Gdyby jednak przymknąć oko na niezliczone niedociągnięcia, okaże się, że "Dźwięk śmierci" ma całkiem oryginalne wyjściowe założenie. Nośnikiem zagrożenia jest aztecki gwizdek, ozdobiony czaszką i złowieszczym zaklęciem. Błyskawiczny research jednej z bohaterek filmu od razu nam wyjaśni z czym mamy do czynienia. Kto usłyszy dźwięk, wzywa własną śmierć z przyszłości. Przyczyny mogą być oczywiście wszelakie: przedawkowanie, samochodowy wypadek, zwyczajna starość czy choroba. Przed nieszczęśnikiem, mającym nawet jeszcze kilkadziesiąt la życia, objawia się jego trupie alter ego i wysysa z niego resztki życia.
Gdzieś głęboko "Dźwięk śmierci" ma ukryty przewodni temat i intrygujące zagadnienie. Może nim być ciążące nad życiem każdego fatum, nieuchronność przed okrutnym losem albo umiejętność godzenia się z nim. Bledną one jednak w obliczu boleśnie powierzchownej opowieści skupionej na byciu niczym więcej jak monotonnym straszakiem. Może łatwiej byłoby o emocjonalne zaangażowanie, gdyby na pierwszoplanową grupę licealistów składały się jednostki bardziej wyraziste, w jakikolwiek sposób szczególne. Naszą przewodniczką, znajdującą przeklęty gwizdek, jest Chrys (Dafne Keen), przechodząca przez odwyk i opłakująca śmierć ojca. Towarzyszy jej kuzyn Rel (Sky Yang) – komiksowy nerd, zakochany w Grace (Ali Skovbye). Ta jednak ma już partnera w postaci Deana (Jhaleil Swaby), zawodnika szkolnej koszykarskiej drużyny. Jest jeszcze Ellie (Sophie Nélisse), o której już absolutnie nic nie wiadomo, ale z jakiegoś powodu między nią a Chrys rodzi się romantyczne uczucie. Teenage drama ma rzecz jasna swoje żelazne zasady. Twórcy "Dźwięku śmierci" niestety trzymali się ich co do przecinka. W efekcie wszystkie relacje i – to może nadużycie – portrety psychologiczne nawet na papierze nie skrywają żadnej tajemnicy.
Intrygujący koncept "Dźwięku śmierci" także z czasem się rozłazi, a ilość kreatywnego paliwa prędzej starczyłaby na krótki metraż. Przede wszystkim bolączką są niezbyt jasne zasady gry oraz logika, z jaką działa przeciwnik. Gwizdnięcie jest podpisaniem na siebie wyroku, ale już termin konfrontacji pozostaje niewiadomą. Tak samo jak przedziwna zniszczalność-niezniszczalność zabójczego artefaktu. Często bywa tak, że śledztwo i zbieranie informacji o nadprzyrodzonym przeciwniku jest ciekawsze od momentu kulminacyjnego. W przypadku "Dźwięku śmierci" łamigłówka rozwiązana zostaje dzięki pomocy internetowej przeglądarki, a zamiast prób przechytrzenia demona dostajemy jedynie szereg krwawych egzekucji i obrzydliwości.
Sposób inscenizacji kolejnych śmierci miał być zapewne główną atrakcją filmu – ale i w tym aspekcie bywa bardzo różnie. Jak przystało na niszowy horror, efekty komputerowe wywołują raczej zdziwienie niż strach. Budżetową ubogość departamentu CGI ma oczywiście przykryć nadużywany mrok i skrywające film ciemności. Skuteczniej sprawdza się turpistyczna charakteryzacja, eksponująca brzydotę, gnijące i zdeformowane ciała. To jednak odosobnione przebłyski jakości w "Dźwięku śmierci". Horrorze, na którego wezwanie odpowiedzą jedynie najzagorzalsi sympatycy gatunku.