Recenzja filmu

Fale (2016)
Grzegorz Zariczny
Anna Kęsek
Katarzyna Kopeć

Nowohuckie sny

"Fale" Grzegorza Zaricznego plasują się gdzieś na szerokim pograniczu oddzielającym różne filmowe gatunki. Choć w tym przypadku mamy raczej do czynienia z czystą fabułą, która jedynie żywi się ...
W ostatnich miesiącach polskie kino obrodziło filmami zawieszonymi w pół drogi między dokumentem i fabułą. "Wszystkie nieprzespane noce" Marczaka na Sundance walczyły o nagrody dokumentalne, w Gdyni zaś rywalizowały z fabułami, a świetne "Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham" Pawła Łozińskiego balansowało na granicy dokumentu i kreacji. "Fale" Grzegorza Zaricznego także plasują się gdzieś na szerokim pograniczu oddzielającym różne filmowe gatunki. Choć w tym przypadku mamy raczej do czynienia z czystą fabułą, która jedynie żywi się dokumentalną prawdą. 



Jej bohaterkami są dwie siedemnastolatki z krakowskiej Nowej Huty. Ania (Anna Kęsek) i Kasia (Katarzyna Kopeć) uczęszczają do tej samej szkoły fryzjerskiej. Właśnie zaczynają praktyki w jednym z nowohuckich zakładów pamiętających jeszcze poprzednią epokę. Tu, pod okiem właścicielki (Edyta Torhan) rodem z wczesnych filmów Formana, dziewczyny uczą się podstaw zawodu. Przy okazji próbują też rozwiązać swoje najbardziej bolesne życiowe problemy.

Bardzo lubię dokument – mówił w wywiadach ZaricznyNauczył mnie czułości do bohatera i traktowania go serio, ale nie mogę sobie w nim pozwolić na kreację, dlatego postanowiłem przenieść świat dziewczyn do filmu fabularnegoKatarzyna Kopeć, która wciela się w jedną z głównych bohaterek "Fal", wcześniej wystąpiła w innym filmie Zaricznego – dokumentalnym "Love, Love" – słodko-gorzkiej historii o poszukiwaniu bliskości. W swym fabularnym debiucie krakowski reżyser wrócił do niej, by na bazie dokumentalnych obserwacji stworzyć pełnokrwistą opowieść.

Ale to zadanie udało mu się zaledwie częściowo. Historia Kasi, która próbuje ułożyć sobie życie i wyrwać się z biednego domu, oraz Ani, która jakiś czas temu wyprowadziła się od zapracowanej matki (Jolanta Olszewska) do niegdyś agresywnego ojca (Tomasz Schimscheiner) ma w sobie dokumentalną prawdę, ale brak jej przejrzystej dramaturgicznej struktury. Zariczny nie musi zmyślać świata – zna go bardzo dobrze. Dokumentalna obserwacja daje siłę jego opowieści. Choćby w scenie, w której starszy inwalida na wózku z pomocą psa urządza sobie rajd po miejskim parku. Tego typu obrazów nie da się zmyślić, muszą przyjść ze świata. A Zariczny bezbłędnie je wyłapuje. 



Wiarygodnie wypadają także dwie młode aktorki-amatorki. Mimo że raz po raz usłyszymy w ich grze fałszywy ton, szybko niknie on pod warstwą nieskłamanej prawdy. Ale na szczególne słowa uznania zasługuje Tomasz Schimscheiner wcielający się w ojca Ani. Jako samotny facet po pięćdziesiątce próbujący wychowywać nastoletnią córkę, Schimscheiner ma w sobie coś głęboko dramatycznego. Jest w tej postaci coś szlachetnego – jest ból, wyrzuty sumienia i bezradność.

Fabularnemu debiutowi Zaricznego brakuje jednak fabularnego mięsa. Oglądając ten niemal osiemdziesięciominutowy film, można odnieść wrażenie, że reżyser miał pomysł na mocną "trzydziestkę", ale zamiast krótkometrażowego dramatu psychologicznego zrobił film pełnometrażowy. Kolejne wątki wydają się więc pozbawione dramaturgicznego przebiegu, a fabuła co jakiś czas grzęźnie na mieliznach. Nie zmienia to jednak faktu, że na kolejny obraz Zaricznego warto czekać z uwagą, bo młody reżyser zapracował na nią świetnym "Gwizdkiem" i "Love, Love".
1 10
Moja ocena:
5
Bartosz Staszczyszyn
Rocznik '83. Krytyk filmowy i literacki, dziennikarz. Ukończył filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Współpracownik "Tygodnika Powszechnego" i miesięcznika "Film". Publikował m.in. w... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
69% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (13 głosów).
Udostępnij: