Nie jestem w stanie stwierdzić, co jest większym wyzwaniem: napisanie recenzji "Hobgoblins" czy samo obejrzenie omawianego filmu. Punkt drugi nie wymaga specjalnego tłumaczenia – "Hobgoblins" są
Nie jestem w stanie stwierdzić, co jest większym wyzwaniem: napisanie recenzji "Hobgoblins" czy samo obejrzenie omawianego filmu. Punkt drugi nie wymaga specjalnego tłumaczenia – "Hobgoblins" są jednym z tych obrazów, które dostają się do zestawień typu "najgorsze filmy w historii kina", oczywiste jest, że oglądanie takich tworów nie sprawia przyjemności, ciężko też dotrwać do napisów końcowych. Właśnie to jest częścią wyzwania, nagradzaną zazwyczaj cierpką satysfakcją z dokonania rzeczy zdecydowanie nieprzyjemnej, której nie podjąłby się przeciętny człowiek; normalni ludzie najdalej po piętnastu minutach "Hobgoblins" gaszą telewizor i idą na spacer. O ile w ogóle próbują zapoznać się z dziełem Ricka Sloane'a.
Napisanie recenzji też nie jest łatwe… Poprawka: jest banalnie łatwe. Po prostu, robi się to według prawideł rzemiosła, odstawiając na bok wszystkie niestandardowe recenzenckie pomysły. Najpierw kilka słów o Sloanie (jeśli uda się coś o nim znaleźć w Wikipedii). Można dorzucić coś o trudach, na jakie narażeni są filmowcy, podejmujący się nakręcenia nisko budżetowego obrazu; potem przypomnieć, że takim właśnie filmem są "Hobgoblins" z roku pańskiego 1988. Jeśli licznik znaków w edytorze tekstu wciąż pozostaje niepokojąco niski, dorzuca się gratisową informację o nieoczekiwanym przez nikogo, a mimo to wyprodukowanym w roku 2009 sequelu, w przypływie kreatywności zatytułowanym "Hobgoblins 2", wydanym "direct do DVD". Dalej już jest z górki: streszczenie intrygi, kilka słów komentarza, skomponowanego tak, aby zdawał się trzymać profesjonalny dystans i nie zdradzał zbyt wiele z emocji recenzenta; na koniec można sobie pozwolić na wystawienie ocen, z uwzględnieniem takich elementów "Hobgoblins", jak scenariusz, reżyseria, muzyka i dajmy na to, efekty specjalne. Na koniec pozostaje ocena ogólna. I to by było tyle.
No to jazda. Człowiekiem odpowiedzialnym za scenariusz, zdjęcia i reżyserię "Hobgoblins" jest Rick Sloane, czyli filmowiec, którego należy podziwiać za upór. Mimo niepochlebnych opinii ciała pedagogicznego z filmówki, które uznało go za najmniej utalentowanego studenta, mimo miażdżącej krytyki, z którą spotykają się jego dzieła – wciąż kręci, pisze i reżyseruje filmy (to w zasadzie jest najważniejsze, ciekawscy czytelnicy sami zawędrują na Wikipedię).
"Hobgoblins" nie miały aspiracji, aby stać się wybitnym filmem – Sloane od początku do końca chciał nakręcić nisko budżetowy film klasy B. Widz zatem nie powinien spodziewać się czegokolwiek kosztownego na ekranie, mam tu na myśli takie rzeczy jak widowiskowe efekty specjalne, muzyka na licencji dużej wytwórni, wysoka jakość dźwięku, przyzwoita gra aktorska (pomijając aktorskie gaże, kręcenie nieskończonych dubli też kosztuje), a tym bardziej miłych dla oka i wyszukanych planów zdjęciowych. Natomiast rozsądny recenzent powinien wziąć na to wszystko poprawkę, podczas wystawiania oceny. Ponieważ licznik znaków ma się dobrze, nie trzeba już wspominać o sequelu, można przejść do pisania następnej części tekstu.
Akcja… Nie, to niewłaściwy wyraz, wywołuje zbyt dobre skojarzenia… Zatem - opowieść jest następująca: młody, pragnący zaimponować swojej dziewczynie człowiek, przyjmuje posadę dla prawdziwych mężczyzn. Zostaje nocnym stróżem, cieciującym w czynnym jedynie za dnia studio filmowym w Hollywood. Studio ma drobny sekret: w skarbcu trzymane są tytułowe hobgobliny, które, jak się zdaje, są magicznymi przybyszami z kosmosu. Magiczna moc polega na tym, że potrafią urzeczywistniać ludzkie marzenia i skryte fantazje. Szkopuł w tym, że takie spełnianie życzeń ma pewien efekt uboczny – każda spełniona fantazja w końcu wybucha fantazjującemu w twarz. I tak, jeśli facet marzy o karierze gwiazdy rocka, to spadnie ze sceny i skręci sobie kark, jeśli dziewczyna jest w głębi serca zdzirą i pragnie rozwijać się w karierze striptizerki, to najpewniej ktoś ją zgwałci i potnie sprężynowcem… Zatem idea jest taka, żeby hobgobliny trzymać pod kluczem, a ludzie niech wykańczają się sami, bez magicznej pomocy. Oczywiście, potworki wyrywają się na wolność i tak jakoś grawitują ku głównemu… nie, nie bohaterowi… no cóż, Kevinowi (czyli stróżowi nocnemu), jego dziewczynie i przyjaciołom. Jak łatwo można przewidzieć, wszyscy mają skryte pragnienia i fantazje, które się urzeczywistniają, aby potem zakończyć się czyjąś śmiercią. Żywię silne podejrzenie, że moje streszczenie fabuły jest dłuższe, niż objętość oryginalnego scenariusza, zatem na tym skończę ten etap.
Jak już wspomniałem, jednym z problemów jest wysokość budżetu. Wszystko zostało zrobione tanio i to od razu widać. Jest to duża przeszkoda w odbiorze filmu – widz, jak każdy normalny konsument, lubi, gdy produkt jest estetyczny i przyjemnie brzmi, a w tych punktach "Hobgoblins" po prostu zawodzą. Aktorzy też nie sprawili się najlepiej, jednak role, które otrzymali, nie pozwalały na pokazanie się od korzystnej strony. Scenariusz cierpi od dłużyzn, a sama historia nie jest wciągająca – tym bardziej, że jej jednowymiarowi bohaterowie nie wzbudzają u widza emocji.
Po powyższym, "umiarkowanie profesjonalnym" akapicie, pora na werdykt – taki subiektywny, tendencyjny i bez znieczulenia. Ostatecznie, muszę mieć jakąś przyjemność z tej recenzji.
Unikać, jak zarazy. To najważniejsze, co potrafię napisać o "Hobgoblins". Reszta to mało istotne uzasadnienie, ale nie wypada go pominąć. "Hobgoblins" jako pastisz filmów o gremlinach, zawodzą na całej linii. Nie są śmieszne, więc nie można podciągnąć ich pod komedię. Nie są oryginalne, jeśli nie liczyć nieprzyzwoicie długiej sceny walki między Kevinem, a wracającym z wojska znajomym – przy czym jako broń wykorzystywane są ogrodowe grabie. Takiego pojedynku na sprzęt ogrodniczy nie widziałem nigdy wcześniej, żywię też nadzieję, że już więcej nie zobaczę. Natomiast scena w nocnym klubie sprawiła, że na poważnie rozważałem opcję chwycenia za śrubokręt i wyłupania sobie oczu, a następnie wbicia narzędzia w ucho, tak głęboko, aby dotarło do mózgu i zakończyło moje cierpienie. Przy czym to ja byłem… A tak! Bohaterowie, zazwyczaj opętani seksem, nie wzbudzają emocji, jeśli nie liczyć pogardy. Tandetne wykonanie nie tylko irytuje, wręcz zadaje ból gałkom ocznym – ale nawet, gdyby Sloane dysponował budżetem "Titanica", nie uratowałoby to obrazu, obciążonego fatalną nieudolnością swojego twórcy. To jest jeden z tych filmów, które są niczym więcej, niż beznadziejną stratą czasu. Mogę tylko mieć nadzieję, że fantazje Sloane'a kiedyś zostaną spełnione przez jakieś gumowo-futrzaste maszkary – zrobi wreszcie udane kino klasy B. A wtedy, w ten czy inny sposób, Sloane zginie nagłą śmiercią – gdyż taka najwyraźniej jest cena spełniania marzeń, jeśli z braku talentu, trzeba je spełniać z pomocą magicznych istot.