Dokument, jak sama nazwa wskazuje, powinien dokumentować. Bez zbędnych komentarzy, subiektywnych interpretacji, prób manipulacji odbiorcami czy innych zewnętrznych wpływów. Takie właśnie zadanie
Umieszczony w przepastnym archiwum Biblioteki Kongresu "In the Street" to wspólny projekt trójki filmowców: Helen Levitt, Jamesa Agee i Janice Loeb. Postanowili oni udać się z kamerą do jednej z najbiedniejszych dzielnic Nowego Jorku, czyli Wschodniego Harlemu. Rejon ten nazywany jest także Hiszpańskim Harlemem z uwagi na liczną populację latynoamerykańską. Lokatorzy pochodzą z miejsc takich jak Portoryko, Kuba czy Dominikana. Obszar zamieszkuje również oczywiście ludność czarnoskóra. Tak jest obecnie i tak też było blisko siedemdziesiąt lat temu, gdy powstawał film. Był to konkretnie rok 1948 – tuż po zakończeniu wojny, a więc czas odbudowy i znoju wymieszanego z euforią. W tym też okresie filmowcy różnej maści wzięli na warsztat "zwykłego człowieka" wraz z jego rozterkami i radościami.
Czym jest sztuka filmowa i czemu służy? Czym w ogóle jest film? Mało kto chyba zadaje sobie takie pytania na co dzień albo podczas jakiegoś seansu czy to w kinie, czy w domowym zaciszu. A może warto by było spróbować sobie na nie odpowiedzieć. Piszę o tym, ponieważ po zetknięciu się z "In the Street" postanowiłem właśnie takie pytania sobie zadać. Treść omawianego dzieła jest banalnie prosta. Twórcy zwyczajnie wyszli na ulicę i zarejestrowali to, co się akurat na niej działo. Niby nic wielkiego ani odkrywczego, mimo to produkcja sprowokowała mnie do pewnych refleksji. Biorąc to wszystko pod uwagę, uważam, że "In the Street" jest wręcz archetypowym przedstawicielem dziesiątej muzy, a na pewno jeśli chodzi o rodzaj filmów dokumentalnych. Spełnia bowiem wszystkie warunki ku temu. Stanowi swoistą kapsułę czasu, ukazując sceny, których nikt już może nie pamięta. Posiada zatem bezcenną wartość historyczną, nie tylko w sferze filmowej, lecz też zwyczajnie ludzkiej. Bohaterowie dzieła, którzy z pewnością stali się nimi za sprawą przypadku, mogą sobie z dumą powiedzieć, że coś po nich zostało. Coś zwyczajnie niezwyczajnego. Coś, co ma wpływ na widzów oddalonych o wiele dekad, wciąż wpływając na ich emocje.
Dokument, jak sama nazwa wskazuje, powinien dokumentować. Bez zbędnych komentarzy, subiektywnych interpretacji, prób manipulacji odbiorcami czy innych zewnętrznych wpływów. Takie właśnie zadanie postawili sobie twórcy "In the Street". Jak sami informują widza na planszach początkowych, chcą uchwycić na taśmie kwintesencję ludzkiego życia. Życia, które w ukryciu toczy codzienną walkę o przetrwanie w niełatwych warunkach, zachowując jednocześnie godność, będąc pełnym energii, spontaniczności i woli przetrwania. Ktoś może powiedzieć, iż "In the Street" to zwykły zapis rzeczywistości w formie filmowej. Że nie ma w nim nic nadzwyczajnego i każdy mógłby pokusić się o realizację podobnego zadania. Ja jednak mam odmienne zdanie. Sądzę, że żeby nakręcić dobry materiał, potrzebna jest odpowiednia wiedza, warsztat oraz wrażliwość. Trzeba także mieć oko do detali i umiejętność wybrania z uchwyconych momentów tych najbardziej wymownych i prezentujących odpowiedni poziom artystyczny. Nie wystarczy po prostu chodzić cały dzień za ludźmi z kamerą w dłoni. Autorzy "In the Street" posiadają wymienione przeze mnie cechy, dlatego też ich dzieło wyróżnia się, posiadając własny styl i charakter.
Pierwszym dobrym posunięciem twórców było pozbycie się dźwięku. Projekcji nie towarzyszy żadna muzyka ani też nie słychać odgłosów ulicy. Dzięki temu zabiegowi uwaga widza skupia się tylko i wyłącznie na tym, co dzieje się na ekranie. Takie wyciszenie często sprawdza się w różnorakich filmach, nie tylko dokumentalnych. Podsyca to ciekawość w odbiorcach, wpływając pozytywnie na odbiór. Wprowadza także rodzaj zadumy nad wyświetlanymi, ruchomymi obrazami. Niewątpliwym atutem projekcji jest również możliwość obserwacji zachowani, mimiki, codziennej rutyny, zabaw czy strojów ludzi sprzed ponad półwiecza. Produkcja spełnia zatem także funkcję edukacyjną. Jest to fascynująca podróż w czasie. Uświadamia ona nam, że wcale tak bardzo się nie różnimy od bohaterów z tamtych lat. Najbardziej jest to widoczne w reakcjach dzieci na kamerę. To właśnie najmłodsi byli głównym obiektem zainteresowania dokumentalistów. Tak samo jak dziś są one jednocześnie zaciekawione, jak i częściowo zakłopotane. Co bardziej odważne śmiało zaglądają w obiektyw, szczerząc zęby w nieskrępowanym, szczerym uśmiechu lub też prezentują głupie miny. Widać, że ten skrawek asfaltu przed kamienicami, w których żyją stanowi cały ich świat. Miejsce zabaw, dorastania, "końskich zalotów", nawiązywania znajomości, pozdrawiania znajomych twarzy czy w końcu dorosłego życia. Są to archetypowe dzieci ulicy, których niewinność nie została jeszcze zmącona przez żadne czynniki.
Czy zatem autorom "In the Street" udało się spełnić postawiony cel, jakim było uchwycenie ulotnych chwil z życia ulicy i jej mieszkańców? Jak najbardziej tak. Dzięki rejestracji tytułowej ulicy bez żadnej ingerencji stworzyli obraz autentyczny, który stanowi nieme świadectwo epoki. Idąc dalej, można wręcz powiedzieć, że utrwalili oni na kliszy, i nie boję się użyć tego stwierdzenia, esencję człowieczeństwa.