Recenzja filmu

Luca (2021)
Enrico Casarosa
Jacob Tremblay
Jack Dylan Grazer

Bądź człowiekiem!

"Luca", podobnie jak niedawne "Co w duszy gra", dzieli się radością z wyjątkowości zwykłego życia. Znajduje wartość tam, gdzie nie zawsze potrafimy ją dostrzec.
Bądź człowiekiem!
Na kamienicach rybackiego miasteczka Portorosso wiszą plakaty "La Strady" i "Rzymskich wakacji", na ulicach rządzi piłka nożna, a na błękitnym horyzoncie unoszą się łódki. Gdyby zajrzeć pod powierzchnię morza, okazałoby się, że wśród wodorostów mieszkają stworzenia, o których biologia nie wie, a człowiek od wieków śni te same koszmary. Jest wśród nich Luca. Niby ma łuski, ostro zakończone płetwy i ogon jak syrena, lecz i dzień dobry powie, i ryby wypasie, i wróci na czas, gdy mama zawoła. Od powierzchni i ludzkich harpunów trzyma się z daleka. Moresu starczy mu do spotkania z Albertem, niewiele starszym wolnym duchem z okolicy. Razem zrobią to, o czym nieśmiały Luca tylko marzył: wyjrzą nad powierzchnię i ruszą w stronę lądu. Już z suchą stopą i ludzkim ciałem (ów gatunek już tak ma) zechcą zaznać uroków miejskiej kultury, przeżyć przygodę i przekonać się, czy człowiek rzeczywiście jest tak straszny, jak go rodzice malują.

Z Pixarem zwiedzaliśmy już Meksyk, Paryż czy, ostatnio, Nowy Jork. "Luca" to dla odmiany pocztówka z Włoskiej Riwiery, prosto z końcówki lat 50. Zaskakiwać może względna kameralność 24. pełnometrażowego filmu kalifornijskiego giganta. Owszem, to nadal wycyzelowana po trzeci plan wizja, o której śnić mogą całe narodowe filmografie, lecz zwraca uwagę nieco mniejsza skala wydarzeń i miejsc oraz większa umowność cyfrowych postaci (które kojarzyłbym raczej ze stajnią Aardman Animations). Trudno rozsądzać, czy to efekt pandemicznej konieczności (po raz pierwszy animatorzy i aktorzy mieli pracować w domach), skoro technologiczny skręt w pełni broni się artystycznie.


Trafiamy bowiem do wakacyjnego bezczasu dzieciństwa. W przedstawieniu niewinnych zachwytów, zdziwień, marzeń i emocji, które swoją intensywnością naznaczają dorosłą resztę życia, wygładzająca krawędzie wspomnień nostalgia znajduje umowny rysunkowy odpowiednik. Ta sama "akwarelowość" pracuje – dosłownie i symbolicznie – także w kluczowym dla fabuły motywie przemiany potworków morskich w ludzi. Dzięki rezygnacji twórców z udziału w wyścigu na liczbę porów na powierzchni skóry łatwiej nam zrozumieć, że mimo różnic bywamy bardzo do siebie podobni, a strach przed odmiennością (cudzą, naszą) wynika głównie z niewiedzy. Pixarowa maszyneria emocji i świadkowanie fizycznej ewolucji bohaterów dają nam ten przywilej, że ich swojskość rozumie się sama przez się. Choć ludziom z lądu zrozumienie tajemnicy chłopców przyjdzie nieco trudniej, warto trzymać kciuki za tę lekcję tolerancji, opłaci się.

Debiutujący w pełnym metrażu Enrico Casarosa (Genueńczyk z urodzenia) wraca do swojej młodości, lecz autobiografizm i regionalny koloryt utrzymane w dbałości o kulturowo-społeczne szczegóły wcale nie szkodzą czułości, humorowi i uniwersalności jego historii. Choć wzdycha do Vespy, skuterowej ikony tamtych lat, bez zgryźliwości zaśmiewa się z narodowych cech rodaków, tęskni za wyścigami rowerowymi i bezwstydnie zaraża nas miłością do makaronu z pesto, to jeszcze mocniej celebruje wartość powszechną na każdej szerokości geograficznej. To przyjaźń – silniejsza niż czas, samonapędzająca się, hartująca się w ogniu przeciwności i kształtująca całe nasze życie. Taka, która z różnic czyni siłę, a indywidualne braki każe załatać współpracą. Przyjaźń jak wino, nieraz gorzkie, a mimo to szlachetne. Casarosa znajduje dla niej zresztą inną świetną metaforę: popchnięcie z klifu przez przyjaciela to dowód zarówno odwagi, jak i szaleństwa, bez których, mówiąc klasykiem, nie da się wypłynąć na szerokie wody. Lub, po prostu, wykonać kroku naprzód.


"Luca", podobnie jak niedawne "Co w duszy gra", dzieli się radością z wyjątkowości zwykłego życia. Znajduje wartość tam, gdzie nie zawsze potrafimy ją dostrzec. Po "Iniemamocnych", "Coco" czy "Naprzód" Pixar znów pozwala swoim bohaterom posiłować się z dziedzictwem genów i rodziny i wypracować akceptację dla tego, kim się jest. Brzmi podniośle? Jest emocjonalnie, owszem, lecz to emocja w rodzaju wytartej ukradkiem łzy. Jak na kameralne wspomnienia z dawno przeżytych wakacji przystało. Wśród postaci, których odkrywania nie mam zamiaru Wam zepsuć, na uwagę zasługuje rodzicielski – bo wyśmienicie komediowy – motyw, znak rozpoznawczy studia, stanowiący o atrakcyjności tych bajek również dla dorosłego widza. Podobnie prorodzinny jak "W głowie się nie mieści", choć pod tym względem znacznie mniej zniuansowany "Luca" daje cenną lekcję o funkcjonalnej rodzinie jako komórce wsłuchującej się w potrzeby młodszej jednostki, przepracowującej zastany status quo i przewartościowującej pewne potrzeby w imię międzypokoleniowego kompromisu.
Łyżki dziegciu nie będzie. Biegnijcie do kina!
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
85% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (27 głosów).
Udostępnij: