Zbiorową niezręczność (łudzę się, że współodczuwaną) oglądania pod muchą w canneńskim pałacu festiwalowym filmu stworzonego przez Rosjanina usprawiedliwiało jedynie oczekiwanie, że autor
Zaznaczmy to już na wstępie: w roku 2026 dosyć surrealistycznie ogląda się film osadzony w Rosji, nawet jeśli w "Minotaurze" jej obraz tylko imitują litewskie przestrzenie miejskie. Spowity mgłą wojny kraj zniknął przecież z ekranów, przejawy jego reprezentacji wyparowały albo zapadły się pod ziemię. Gdy Andriej Zwiagincew wraca po dziewięciu latach, by jako jeden z pierwszych pokazać zachodniej publice realia życia w Putinowskim imperium, robi to trochę jak w swoim nagrodzonym Złotym Lwem "Powrocie". Powoli okręcająca się kamera rejestruje niemal opustoszały świat. Ujęcia groźnej natury i jeszcze groźniejszego miasta odsyłają do cichego zimna estetyki postapo, choć po ulicach ciągle jeżdżą samochody, chodnikami spacerują przechodnie, w mieszkaniach świecą się światła.
Federacja Rosyjska z "Minotaura" – osadzona w 2022 roku, niedługo po bestialskiej inwazji na Ukrainę albo starcie "Specjalnej Operacji Wojskowej", jak wolą mówić bohaterowie filmu – to faktycznie świat postapokaliptyczny. Nawet jeśli Zwiagincew przedstawia go na początku wojny, a rakiety dopiero zaczynają niszczyć budynki i cele strategiczne, duchowa apokalipsa narodu zdążyła się już dokonać. Czują to rosyjscy cywile, pewnie mniej, a przynajmniej na innym poziomie, polityczni dygnitarze i umoczeni w interesy kraju oligarchowie. W jednej z pierwszych scen telewizyjny reportaż pokazuje nieskończony karawan aut na granicy z Gruzją; ludzie uciekają w popłochu. Ze swojego przeszklonego biura ogląda to Gleb Aleksandrowicz (niewiarygodny w oddaniu złamanego człowieka Dmitriy Mazurov). Choć pewnie tak jak większość cywilów obserwuje postępy wojennej machiny na ekranie laptopa, jej konsekwencje zaczyna zauważać dopiero teraz. Część pracowników należącego do niego przedsiębiorstwa transportowego postanawia złożyć wypowiedzenie; inni szukają rozwiązań pomostowych – może praca zdalna z zagranicy? Może zaległy urlop?
Jak każdy biznesmen Gleb nie jest zadowolony ze zmian w korporacyjnego workflow. Wojna psuje mu interesy i wydajność jego firmy. Tam nie da się wysyłać transportu, stamtąd nie da się pozyskać niezbędnych materiałów, na domiar złego morale w zespole zaczynają drastycznie opadać, co w oczywisty sposób przekłada się na efektywność pracy. Niezadowolenie coraz częściej przynosi z biura do domu: pięknego, nowoczesnego budynku, oddzielonego od miasta lasem i spokojnym jeziorem. Elegancki beton, wielkie okna, delikatne oświetlenie, niegrodzone pomieszczenia, piwniczka z drogimi winami, zdalnie sterowana brama. Gdyby na północy Rosji było trochę cieplej, pewnie i samoczyszczący się basen, a tak musi wystarczyć ogromny ogród. Co zrobić – w życiu nie można mieć wszystkiego Gdy jego transportowe przedsiębiorstwo zaczyna łapać niewielki kryzys, pokrzepieniem okazuje się dobre działanie tego rodzinnego. W domu wszystko idzie gładko, bo przez lata koegzystencji udało się wypracować odpowiednie schematy. Gdy Gleb wraca z pracy, Galina (Iris Lebedeva) kończy gotować obiad – posiłek nie czeka na stole, bo przecież mógłby wystygnąć, gdyby męża niespodziewanie zatrzymało coś w biurze. Przy jedzeniu szybki raport na temat dnia syna, Seryozhy, potem domknięcie obowiązków i przestrzeń na poświęcenie się samemu sobie, zwykle z telefonem w ręku. Pozory rodzinnych rozmów nabierają kształtu wymiany komunikatów; mężczyzna upewniania się, że dla ogólnego domowego porządku wszystko biegnie we właściwym kierunku, że wszystko zostało zrobione, a to, co nie zostało, udało się rozsądnie rozplanować na kolejne dni. Po wszystkim kieliszek dobrego wina do odpisywania na wiadomości, higiena przed pójściem do łóżka i sen na odległych od siebie krańcach materaca.
Ten zimny wymarzony rodzinny sen, jak pewnie nazwałby go oszukujący się Gleb, Zwiagincew przerywa dwoma wydarzeniami: ciosem prywatnym oraz zawodowym. Tym pierwszym staje się (słuszne) podejrzenie, że żona w godzinach jego pracy zdradza go z młodszym mężczyzną. Tym drugim: poborowy obowiązek wymuszony przez burmistrza miasteczka – oczywiście nie na nim; spokój przed podobnymi zobowiązaniami zapewnił sobie wierną służbą interesom narodu. Matka Rosja jest jednak w potrzebie, a ponieważ Gleb dorobił się na swoim przedsiębiorstwie, musi część własnego sukcesu oddać dla większego dobra. Z tego też powodu dostaje zadanie, by w ciągu tygodnia spośród pracowników wybrać 14 najmniej potrzebnych, których będzie można wysłać na front. Jeśli tego nie zrobi, urząd upomni się o nich sam. A przecież nikt tutaj nie chce rozwścieczyć Minotaura.
Te dwie uderzone przestrzenie egzystencji stają się dwiema nogami opowieści Zwiagincewa: historii naraz rozpadającej się rodziny oraz realiów życia w cieniu rosyjskiej agresji, kierowanej przez biznesowe decyzje klasy panującej. Do tej pierwszej autor "Niemiłości" (dalej determinującej wszystkie filmowe relacje) zaprzęga klasyczny obraz Claude’a Chabrola – jego "Niewierna żona" staje się fabularnym trzonem, z którego Zwiagincew wyciąga kierunek rozchodzenia się małżeńskiej więzi. Na chabrolowski schemat po swojemu nakłada jednak nie tylko współczesny społeczno-polityczny kontekst, ale i mitologiczną osnowę. Fundamenty europejskiej kultury przetwarzał już przecież w przeszłości: w "Powrocie" trudny kontakt z dawno niewidzianym patriarchą staje się przyczynkiem do rozważań nad naszą relacją z surowym, starotestamentowym Absolutem. W nagrodzonym Oscarem "Lewiatanie" wykorzystał historię Hioba do wydobycia tragedii łamania jednostki przez system putinowskiej Rosji. Mityczna historia króla Minosa i Minotaura służy tu do ekstrapolacji rodzinnego dramatu do rozmiarów antycznej tragedii; nadania mu wagi czegoś nieuniknionego, ciężaru dusząco przyciskającego do ziemi. A przy tym do wsłuchania się w sięgające tysiące lat przypomnienie, że za moralne zbrodnie królów i władców zawsze najboleśniej płaci zwykły lud.
Tego ludu w filmie Zwiagincewa jednak niemal nie widzimy – pochowany po mieszkaniach ze strachu oddaje kraj w użytkowanie wpływowym oligarchom. Miasta, niegdyś tętniące swoim własnym życiem, dziś pozostają niemal wyludnionymi autostradami. Z wnętrza luksusowego Volvo młody Seryozha zobaczy od czasu do czasu konsekwencje wojny: poboczem przekuśtyka weteran bez jednej nogi, innego dwie przecznice dalej ktoś musi odprowadzać na wózku. Potrzebujemy twojej współpracy! – grzmią przydrożne banery z umundurowanymi generałami, zastępujące obecne tam chwilę wcześniej wielkoformatowe reklamy. Nawet 300 tysięcy rubli za zaciąg! – głoszą, korzystając z retoryki hipermarketowej okazji. Widzialna obecność wojny w Ukrainie zostaje przez Zwiagincewa ograniczona niemal wyłącznie do takich elementów tła – odległego porządku co najwyżej konkurencyjnego wobec Gleba biznesu, od którego rodzina grodzi się murem ze złota i wpływów. To nie moja wojna – powie jego równie bogaty przyjaciel między kolejnymi daniami przynoszonymi do ich stolika w luksusowej restauracji. – Póki sytuacja się nie uspokoi, wyjeżdżam do Tajlandii. Protagonista "Minotaura" zastanawiając się, których pracowników swojej firmy skazać na rzeź, kiwa głową z fałszywym zrozumieniem.
Tak, to też jego wojna. Niemałe podatki płacone przez jego spółkę zamieniają się później w pociski balistyczne mordujące ukraińskich cywili. Burmistrz miasta naciska, by z rezerwy budżetowej oligarcha dorzucił się do zakupu mundurów, wyposażenia, niezbędnego uzbrojenia. Gleb robi to bez wahania; w zamian dostanie przecież coś znacznie cenniejszego niż pieniądze – protekcję zgniłego systemu. Nie ma czasu zaprzątać sobie głowy etycznym wymiarem swojej relacji z Rosją, to nie "Tak" Nadava Lapida, w którym obrzydzenie izraelskiego bohatera do własnej tożsamości dominowało każdy krok w upajającym się własnym hedonizmem Tel Avivie. Zamiast tego myśli dużo częściej zaprząta mu sytuacja związana z żoną, groźba rozpadu rodzinnej, a nie społecznej komórki. Zresztą, gdyby zależało mu na funkcjonowaniu w jakiejś wspólnocie, nie zbudowałby luksusowej fortecy na krańcu świata, nie wygrodził jej wysokim płotem, nie zamontował kamer. Rosyjski system oligarchiczny premiuje wybitne (tj. wybitnie posłuszne) jednostki; jedyne ważne relacje, to te cementowane z władzą i cementujące władzę. Dlatego żaden biurokrata nie musi w "Minotaurze" wyciągać kija. Klasie posiadaczy wystarcza świadomość, że w razie potrzeby ktoś dostarczy im pod dom skrzynkę dorodnych marchewek.
Galina decyduje się na zdradę również ze zmęczenia tą dynamiką. W złotej klatce czuje się jak więziona królewna – nie ma żadnych poza-mężowskich relacji, nie chodzi do pracy, jej oknem na świat pozostaje świecący ekran telefonu. Na spotkania towarzyskie wychodzi w asystenturze Gleba; piękna żona wpływowego biznesmena żartuje przy stole z innymi pięknymi żonami wpływowych biznesmenów, ale ostatecznie to żadna zażyłość – gdy jeden z nich zmienia partnerkę na młodszą, kobiety (pozwalając sobie na złośliwości, ale jednak) witają ją jak nową pracownicę w startej korporacji. Bo co miałyby zrobić, odejść? Zmienić branżę, zostać wdowami po mężczyznach wysłanych na front? Mam dość bycia twoim cieniem – mówi w przypływie cierpienia do męża, ale ostatecznie myśl o porzuceniu go nigdy nie okazuje się przekonująca. Być może z obawy o zostanie cieniem samej siebie?
Nadzieja na chociaż chwilowe wyswobodzenie się z roli mężowskiej podwładnej tli się w jej relacji z Antonem (Yuriy Zavalnyouk), 33-letnim fotografem, przy którym szczerze potrafi się uśmiechnąć. Zamiast w pałacu na odludziu mężczyzna mieszka na osiedlu komunistycznych bloków – z jego okna widać inną prawdę, rosyjską wspólnotę zwykłych ludzi, toczących przed jego oczami swoje własne życia. Jego wiek, tak jak i wszystko w filmie Zwiagincewa, nie pozostaje dziełem przypadku, ale jego chrystusowa rola również zostaje przez reżysera wykorzystana przewrotnie. W Rosji nie umiera się przecież na krzyżu – bo i niby za kogo, za czyje grzechy? Ludzi czy systemu?
To pytanie kryje w sobie najtragiczniejszą diagnozę rosyjskiego społeczeństwa, jaką stawia "Minotaur" – film, który prowadzi nas przez znajome koleiny antycznej opowieści moralnej, tylko po to, by uwypuklić fakt, że moralność już dawno z tego świata zniknęła. Podobne historie przyzwyczaiły nas do horyzontalnych narracji o ukrytej w człowieku niegodziwości niszczącej szlachetną strukturę władzy – stworzoną przecież na boskie podobieństwo. U Zwiagincewa trudno już powiedzieć, co było pierwsze. Od wstąpienia Zła na tron minęło zbyt wiele lat; nie wiadomo, czy to zepsuty system rujnuje człowieka i jego relacje (jak chociażby w "Lewiatanie", pierwszym otwarcie antyputinowskim wystrzale reżysera), czy jednak zepsuty człowiek ufundował go dla własnego interesu – i dalej czerpie z niego korzyści. Krąg jest domknięty: kura wykluwa się z jajka, które sama znosi.
Ostatecznie więc zarówno Gleb, jak i system są w równym stopniu odpowiedzialni za to, że "tragedia" rodziny Aleksandrowiczów nigdy nie doczeka się katharsis. Rosyjski reżim jest jak mulista woda w jeziorze: stała i niewzruszona wielu grzechów nie zmyje, ale za to – jeśli trzeba – dostosuje się do kształtu sytuacji. Oligarcha z kolei spogląda na świat z pozycji półboga: nie tylko decyduje o życiu i śmierci (na kartce papieru dostarczonej mu przez urząd poborowy), ale i podskórnie przeczuwa, że wyłącznie on sam może osądzić swoje własne grzechy – w tym aspekcie bardziej martwi go gasnące uczucie żony niż jakiekolwiek ewentualne konsekwencje dla jego niezachwianej pozycji. Jako owoc i filar niemoralnego systemu on również przekracza moralność. Dwustronnością takich zależności zbrodniczy układ może trwać w nieskończoność – smutno podsumowuje Zwiagincew. To niekoniecznie komentarz na temat wojny, ale raczej pewnego porządku, dla którego agresja na Ukrainę, podobnie jak zbrodnia Gleba – zbrodnie wszystkich rosyjskich Glebów – nigdy nie będą musiały zostać przepracowane.
I właśnie być może dlatego po seansie "Minotaura" jestem trochę rozczarowany pewnym oddaleniem tego portretu. To pierwszy od dziewięciu lat projekt najważniejszego antyrządowego rosyjskiego reżysera; jego pierwszy film w konkursie głównym dużego międzynarodowego festiwalu od czasu inwazji na Ukrainę. Zbiorową niezręczność (łudzę się, że współodczuwaną) oglądania pod muchą w canneńskim pałacu festiwalowym filmu stworzonego przez Rosjanina usprawiedliwiało jedynie oczekiwanie, że autor przeprowadzi bezpardonowy atak na reżim. Że stworzy dzieło, które skalą swojej ideologicznej mocy będzie w stanie przebić się zarówno przez rosnącą znieczulicę zachodniego świata, jak i aparat wschodniej propagandy, a przemycone do ojczyzny reżysera – wzbudzić prawdziwie rewolucyjną emocję. Dzieło, które rozliczając odpowiedzialnych na górze, nie będzie szukało usprawiedliwienia w bezradności tych na dole; zasieje ziarno winy, od której nie uda się łatwo zdystansować z poczuciem moralnej wyższości. Tymczasem "Minotaur" w potępieniu rządów Putina okazuje się mniej bezpośredni niż nakręcony jeszcze w 2014 za krajowe pieniądze (!!!) "Lewiatan" i nawet dla oligarchów powinien wydać się mniej drażniącym kamieniem w bucie.
Zwiagincew naprawdę stał przed epokową szansą zmiany rzeczywistości, największy reflektor z możliwych został skierowany wprost na niego. A on – tylko i aż – włożył kolejne znakomite dzieło do swojej autorskiej gabloty. Film, któremu amerykańscy i francuscy krytycy już z euforią wręczają Złotą Palmę, a której ja, jako Polak pamiętający o codziennym poświęceniu Ukraińców za naszą wschodnią granicą, zwyczajnie nie potrafiłbym festiwalowi wybaczyć.