Czy w świecie, gdzie małżeństwa z reguły są aranżowane, nierzadko w bardzo młodym wieku, jest w ogóle miejsce na miłość romantyczną? To jedno z najważniejszych stawianych przez film pytań, na
Co charakteryzować powinno typowy film z Berlinale? Wiadomo: polityczny temat, społeczne zaangażowanie, polityka autorska, mile widziana jest też kobieca ekipa – w ogóle im większa inkluzywność projektu, tym lepiej. "No Good Men", który w tym roku otworzył festiwal, ma to wszystko, a jednak nie czuć w nim koniunkturalnych motywacji. Wydaje się szczery i zrobiony "od serca", sytuując się obok najgorętszych medialnych doniesień. Obok, ale nie z dala, bo choć nie mówi o Gazie, Ukrainie czy Iranie, skupia się na Afganistanie, który niegdyś nie schodził z pierwszych stron serwisów informacyjnych. Dziś jednak, pięć lat po powrocie do władzy talibów, przestał, jak się wydaje się, kogokolwiek interesować. A przecież – mimo że 45-milionowy kraj zamknięty jest na trzy spusty – wciąż żyją tam ludzie i przypomnienie o ich losie wydaje mi się gestem ważnym. Jeśli dodać, że to obraz bez hollywoodzkich gwiazd, nazwisk wielkich europejskich twórców czy wpompowanych w produkcję dużych pieniędzy – to jawi się gestem ze strony festiwalu wręcz szlachetnym. Nawet jeśli wybór ten nie będzie oznaczał dla Berlinale wizerunkowego przełomu.
Trzeci film Afganki Shahrbanoo Sadat (dwa pierwsze pokazało Cannes w sekcji Directors’ Fortnight) jest jednocześnie jej pierwszym zrealizowanym po ewakuacji z kraju podczas brutalnej zmiany rządów. Akcję osadziła w ojczyźnie tuż przed przewrotem, znajdujemy się więc w Kabulu na początku 2021 roku, chwilę przed tym, gdy Joe Biden ogłosi decyzję o wycofaniu amerykańskich oddziałów – zobaczymy go zresztą na ekranie, mówiącego, że nadszedł czas, "by nasi chłopcy wrócili do domu" (nie wspomina o wcześniejszym dogadaniu się z talibami). Na razie jeszcze kraj rządzony jest przez polityków prozachodnich i wyraźnie próbuje się modernizować – także obyczajowo. Społeczeństwo wprawdzie dalej jest bardzo tradycyjne, ale globalizacja sprawia, że i tu łączą się różnorakie porządki kulturowe, powodując niekiedy zabawne sytuacje. Bo "No Good Men" stara się – na ile to możliwe – być komedią, w dodatku romantyczną.
Do tego potrzeba bohaterów współczesnych i sytuacji bardziej błahych niż definitywnych – inaczej wyjdzie melodramat. Bardzo nowoczesna jest zatem, grana przez samą reżyserkę, Naru. Po separacji z mężem samotnie wychowuje syna, by związać koniec z końcem (ale też po prostu dlatego, że jest w tym dobra) zarabia w telewizji, obsługując kamerę. Jak nietrudno się domyślić, często spotyka się z lekceważeniem ze strony (w przewadze męskich) współpracowników i przełożonych. Gdy udaje jej się dostać przydział do nagrania wywiadu z dowódcą rosnących w siłę talibańskich wojowników, ten przerywa rozmowę ze względu na to, że źle założyła chustę. Jej znaczenie kobiety z regionu znają aż za dobrze (patrz: skatowanie Mahsy Amini, które rok później wywoła protesty w Iranie), stąd w filmie widzimy nieustanne jej poprawianie.
Feralny wywiad prowadzi gwiazda Kabul TV Qodrat (Anwar Hashimi) – on również nie chce mieć w zespole "baby z kamerą", stopniowo jednak przekonuje się do kompetencji Naru. To zaś sprawia, że i ona zaczyna na niego patrzeć przychylniejszym okiem, mimo iż początkowo wątpi, by w straumatyzowanym wojną Afganistanie w ogóle istnieć mogli dobrzy mężczyźni. Między bohaterami rodzi się nić sympatii, być może i coś więcej. Ale czy w świecie, gdzie małżeństwa z reguły są aranżowane, nierzadko w bardzo młodym wieku, jest w ogóle miejsce na miłość romantyczną? To jedno z najważniejszych stawianych przez film pytań, na które Sadat nie chce jednak wcale odpowiadać. Ważniejsze jest dla niej testowanie granic gatunku, który sama nazywa politycznym rom-komem oraz badanie tego, co można w jej kulturze pokazać (pojawi się tu pierwszy pocałunek w afgańskim filmie, a nawet… wibrator). Oczywiście nie przeszło by to w Islamskim Emiracie Afganistanu – "No Good Men" nakręcono w Niemczech, ale użyto w nim też sporo materiałów archiwalnych z Kabulu, zgrabnie zmontowanych przez Alexandrę Strauss ("Nie jestem twoim murzynem") ze zdjęciami Virginie Surdej, współpracującej wcześniej chociażby z Katarzyną Rosłaniec.
Stylistyczną maestrię zapowiada już zresztą efektowna czołówka, ukazująca w fast motion rozkwitanie kaktusów (warto też pozostać na napisach końcowych, bo motyw powróci i tam). Można ją widzieć jako metaforę trudnej ziemi, na której wciąż potrafi wyrosnąć piękno, lub zmian kulturowych, które wymagają czasu, są procesem długotrwałym. Kwiatami tymi mogą być też afgańskie kobiety, których perspektywę "No Good Men" przyjmuje: w realizowanych przez Naru sondach ulicznych czy telewizyjnych poradnikach sercowych, a także losach jej samej i jej koleżanek – jednej bardziej tradycyjnej, drugiej zamerykanizowanej, wplatającej w dari sporo angielszczyzny, co budzi efekt komiczny. Sadat podśmiechuje się nie tylko z gorliwej westernizacji, którą najlepiej widać w scenie wesela, ale też z próżności mężczyzn – często niekompetentnych i skorumpowanych, ale zawsze rozdających karty.
Niestety, połączenie komedii romantycznej z afgańskimi realiami nie do końca się udaje, bo pewnie udać się nie może. Wbrew próbom reżyserki, by opowiedzieć o swoim kraju bez nadmiernie cierpiętniczych tonów, nie pozwala na to ciężar jego historii, ale i przyszłości. Choć powrót talibów zostanie ukazany bez drastyczności – w scenach, które przypomnieć mogą te z "Aidy", zobaczymy tylko tłum napierający na lotnisko – nadziei tu za grosz. Pocieszenie znaleźć można chyba tylko w wypowiedzianym przez sklepikarza zdaniu, że w pogrążonym od półwiecza w wojnie Afganistanie wszystko to już było, a ludzie przetrwali. Może jednak takie surwiwalowe przesłanie jest dziś ważniejsze niż podtrzymywanie romansowego płomienia i płonnego optymizmu?
Krytyk filmowy, filmoznawca, stały współpracownik Filmwebu. Laureat Nagrody im. Krzysztofa Mętraka, członek FIPRESCI, Europejskiej Akademii Filmowej i kolegium elektorów Złotych Globów.