Recenzja filmu

Noc oczyszczenia: Żegnaj Ameryko (2021)
Everardo Gout
Ana de la Reguera
Tenoch Huerta

Nie chwal dnia przed zachodem słońca

Wszystko wykrzyczane zostaje z iście twitterową subtelnością, za tekst mając publicystyczne wytrychy, za akompaniament – chlusty posoki, eksplozje i strzały. Nie udawajcie zaskoczonych.
Nie chwal dnia przed zachodem słońca
Miłośnicy krwawej pulpy, możecie spać spokojnie. U Wuja Sama bez zmian. Choć finał "Nocy oczyszczenia: Czasu wyboru" (2016) sugerował upadek tytułowego rytuału, cztery lata po tamtych wydarzeniach Nowi Ojcowie Założyciele wracają do łask; naród znów chce wziąć udział w igrzyskach śmierci. 12 godzin to dla Amerykanów jednak za mało, by, nie przebierając w odpustowych środkach, wystarczająco dać się we znaki nielubianym współobywatelom. Słońce wzejdzie nad horyzont, a krwawa rzeźnia po raz pierwszy wymknie się spod kontroli.

Tym razem pech trafi rodzinę dzianego ranczera (Will Patton) i jego niepałającego miłością do obcokrajowców syna (Josh Lucas). Ku własnemu zaskoczeniu, teksańscy kowboje połączą siły z dwojgiem twardych imigrantów z Meksyku (Ana de la Reguera, Tenoch Huerta). Z pomocą rdzennej amerykańskiej ludności (Zahn McClarnon) spróbują przedrzeć się przez hordy rasistów, ksenofobów, fanatyków broni palnej i zwykłych psychopatów. Cel ucieczki? Cokolwiek ironiczny: zapewniająca schron, wysoko obmurowana meksykańska granica. W "Nocy oczyszczenia: Żegnaj, Ameryko" z jednej strony dostajemy więc starą śpiewkę o radosnej przemocy zapisanej w DNA amerykańskiego narodu; z drugiej – równie znany hymn na cześć zdolnej zjednoczyć się Ameryki wielu etnosów. Wszystko wykrzyczane zostaje z iście twitterową subtelnością, za tekst mając publicystyczne wytrychy (z nielegalną imigracją na czele), za akompaniament – chlusty posoki, eksplozje i strzały. Nie udawajcie zaskoczonych.



Stały scenarzysta serii James DeMonaco ma niepospolity talent do trywializacji stanowiącego punkt wyjścia, kuszącego socjopolitycznego eksperymentu. Świat przedstawiony zbudowany jest tu raczej z fantazji lewaka na temat fantazji prawaka. To pomysł nabazgrany na brudno, w dodatku, jak się okazuje, mocno żerujący na logicznych dziurach poprzednich części. Oto bowiem po czterech pełnometrażowych filmach i dwóch sezonach serialu nagle uświadomiono sobie, że z kraju legalnie mordującego przyjezdne mniejszości mniejszość ta może… uciec! Temat i fabułę premierowej części zapewniło również odkrycie, jak mało prawdopodobne jest, by unormowana prawem krwawa tradycja kończyła się za pstryknięciem wskazówek zegara. Apetyt na przemoc rośnie przecież w miarę jedzenia. Banalne? To najwyraźniej nie szkodzi, skoro można z tego zrobić kolejny film.

Rzecz jasna kolejny nie znaczy dobry. Zaledwie kompetentny na reżyserskim stołku Everardo Gout nie jest Hanekem, by obietnicą ekranowej przemocy, na którą po raz kolejny dajemy się złapać, wydrążyć nam dziury w mózgu. Nie jest George'em Romero, by na dłużej popsuć nam humory, a z żołądków zrobić jesień średniowiecza. Meksykańsko-amerykańskiemu reżyserowi daleko też do miana wybitnego inscenizatora. Kilka skutecznych jumpscare'ów, pozamiejskie panoramy dla urozmaicenia cyklu oraz pustynny pościg (dalekie echo "Mad Maxa: Na drodze gniewu") to za mało, by zapisać się w annałach gatunku. Czymkolwiek ów rozmyty gatunek by był: antyamerykańską satyrą, pulpowym kinem akcji, komentarzem na temat przemocy oglądanej z kubełkiem popcornu w dłoniach czy socjologicznym kaznodziejstwem od siedmiu boleści. Janusowe oblicze tego kina wywołuje zeza, a jego wtórność zobojętnia. Dodajmy do tego kolejne logiczne dziury (pół narodu konspiruje, a rząd jest zaskoczony?), nieikonicznych bohaterów (zapłaczecie tęskno za Frankiem Grillo) i przeciwników z przypadku (prztyczek w stronę Mike'a Pence'a), a zaraz okaże się, że kolejna odsłona serii każe szybko o sobie zapomnieć. Niech ta noc wreszcie się skończy.
1 10
Moja ocena:
4
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
50% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (22 głosy).