Najtrudniejszą, a zarazem fundamentalną lekcją płynącą z „Norymbergi” (2025) jest ostateczny wniosek wysnuty przez głównego bohatera i narratora tej opowieści, psychiatrę dr. Douglasa Kelley’ego
Najtrudniejszą, a zarazem fundamentalną lekcją płynącą z „Norymbergi” (2025) jest ostateczny wniosek wysnuty przez głównego bohatera i narratora tej opowieści, psychiatrę dr. Douglasa Kelley’ego (w tej roli znakomity Rami Malek). To fakt oczywisty, choć z całych sił wypierany przez naszą zbiorową świadomość: od zbrodniarzy sądzonych w tytułowym procesie nie różni nas właściwie nic.
Zło nie jest wrodzone, nie stanowi immanentnej cechy żadnej nacji ani rasy, nie leży we krwi. To, że w ogóle dopuściliśmy do siebie tę pozornie kojącą myśl, iż nazizm był „niemiecką anomalią”, jedynie potwierdza diagnozę Kelley'ego. Zło jest rzeczywiście w swej istocie banalne. To z pewnością moje osobiste skojarzenie, jednak ten dominujący przekaz oprócz przemyśleń Hannah Arendt natychmiast przywiódł mi na myśl „Dżumę” Alberta Camusa – bakcyl, którego każdy nosi w sobie i przed którym każdy musi mieć się na baczności.
To niezwykle cenne, że twórcy zdecydowali się opowiedzieć tę historię właśnie z perspektywy psychiatry. Dzięki temu ów banał zła wybrzmiewa ze zdwojoną siłą właśnie teraz, właśnie dziś. Na naszych oczach odradzają się ideologie łudząco podobne do nazizmu, pęcznieje nienawiść, trwa gorączkowe poszukiwanie kozłów ofiarnych. Dr Kelley miał rację – jesteśmy naiwni, wierząc, że rozpoznamy oprawców po groźnych mundurach. Na naszych oczach odradzają się ideologie łudząco podobne do nazizmu, pęcznieje nienawiść, trwa gorączkowe poszukiwanie kozłów ofiarnych. Dr Kelley miał rację – jesteśmy naiwni, wierząc, że rozpoznamy oprawców po groźnych mundurach. Dziś to charyzmatyczni przywódcy polityczni przemawiają do nas w nienagannie skrojonych garniturach, z szerokim uśmiechem na ustach, podsycając te same prymitywne emocje, które tak ułatwiają manipulację. Nienawiść zyskała przy tym nowe, niebezpieczne pole gry. W dobie globalizacji i informatyzacji każda wojna staje się światowa, dlatego tym groźniejsi są ci, którzy próbują argumentować, że jakiś konflikt nas nie dotyczy i że najbezpieczniej jest odwrócić wzrok. Nowym frontem stała się przestrzeń wirtualna, gdzie zacierają się granice państw i granice prawdy, a pod pozorami patriotyzmu nierzadko sączona jest propaganda ukierunkowana na wewnętrzną destabilizację. Kiedyś byli to Żydzi, dziś zagrożeniem dla naszej ekonomii stają się uchodźcy czy Ukraińcy, a zagrożeniem dla „tradycyjnych wartości” i dzieci – mniejszości seksualne.
W pamięć zapadają również kwestie genialnie zagranego przez Russella Crowe’a Hermanna Göringa. Jego teza, że wygrana nie daje wyższości moralnej, jest niewygodna, ale trafna. Gdyby alianci przegrali, zapewne też zostaliby osądzeni – i nieprawda, że nie byłoby za co, wszak niegodziwości nie mierzy się jedynie statystyką. Göring prowokuje też inną refleksję: co decyduje o ocenie historii? Czy dziś ktoś brzydzi się Aleksandrem Wielkim, Czyngis-chanem czy Napoleonem? Czy fakt, że skala ich okrucieństw (być może maksymalna dla ówczesnych technologii i zaludnienia) blednie z czasem, wynika z pojawienia się następców jeszcze gorszych od nich? Czy za paręset lat nasze dzisiejsze oceny moralne również wyblakną?
Lekcja, którą wyciągnęłam z tego filmu i którą chciałabym, żeby każdy z niego wyniósł, to lekcja pokory i krytycznej samoświadomości - zdolności do samo-osądzenia. Musimy być gotowi przyjąć do wiadomości, do czego zdolny jest gatunek ludzki i nie odcinać się od zbrodni popełnionych przez jego przedstawicieli. Fakt, że Holocaustu dokonali Niemcy, nie rozgrzesza nas dzisiaj. Nie ma żadnych przesłanek, by wierzyć, że inne narody w odpowiednich warunkach nie byłyby do tego zdolne. Powinniśmy o tym pamiętać szczególnie teraz, w czasach odradzających się nacjonalizmów. Pomiędzy strefami wolnymi od Żydów a strefami wolnymi od LGBT nie widzę żadnej jakościowej różnicy.
Abstrahując od warstwy ideologicznej, film jest po prostu wybitny realizacyjnie. Doskonałe aktorstwo (wspomniani Malek i Crowe, ale też świetny Michael Shannon jako Justice Jackson), malarskie kadry, chłodna kolorystyka i subtelna praca kamery budują gęstą atmosferę. Na osobne uznanie zasługuje muzyka. Po seansie natychmiast pochwaliłam soundtrack, na co mój partner przyznał, że niemal go nie zauważył. Dla mnie to dowód geniuszu kompozytora – muzyka nie próbowała grać pierwszych skrzypiec, nie rozpraszała, lecz całkowicie stapiała się z psychiką postaci. Czyż nie takie jest zadanie idealnej ścieżki dźwiękowej?
„Norymberga” to kino na wskroś współczesne i głęboko psychologiczne. Uświadomiło mi, jak ważna jest perspektywa jednostki w nauczaniu historii. Suche fakty rzadko nas dziś poruszają, jednak psychologiczna optyka uderza tam, gdzie trzeba. Ten film ma nami wstrząsnąć i wywołać nie tyle poczucie tryumfu, ile poczucie winy. Bycie ofiarą w jednej wojnie nie unieważnia naszego potencjału do bycia agresorem w kolejnej. O ile lepiej byłoby, gdybyśmy ocknęli się, zanim nastanie potrzeba kolejnego procesu.