Recenzja filmu

Werdykt (2025)
David Merriman
Jim Sheridan

Sąd kapturowy

Wszystko to wydaje się skromnym eksperymentem formalnym, ćwiczeniem wynikłym z czystej ciekawości, zbudowanym na pomyśle, który wykwitł w głowie irlandzkiego nestora – do tego cierpiącym na
Sąd kapturowy
O subiektywności prawdy dywagować można bodaj bez końca. Z prawdą jest w końcu jak ze "szlachetną" częścią ciała – każdy jakąś ma. Abstrahujmy jednak od dalszych kuszących gierek słownych i anatomiczno-filozoficznych analogii, jako że temat omawianego w niniejszej recenzji filmu "Werdykt" żartobliwy nie jest. Bynajmniej.
  
"Werdykt" opowiada bowiem o prawdziwej zbrodni i prowokuje refleksję nad tym, co mogło się wydarzyć "tam i wtedy", oraz, szerzej, ponadczasową dyskusję nad systemowymi mechanizmami sprawiedliwości. Co prawda Jim Sheridan, niegdysiejszy mistrz irlandzkiego kina, który do spółki z Danielem Day-Lewisem tworzył – bez absolutnie żadnej przesady – klasyki ostatniej dekady zeszłego tysiąclecia, od dawna nie może znaleźć swojego miejsca. I choć "Werdykt" wydaje się dziełem dokładnie takim, jakie chciał zrealizować, jest to poniekąd także jego słabość. Ów paradoks wynika z tego, że film jest zbyt ściśle zlepiony z introspekcją reżysera. Staje się przez to wręcz wsobny.  


Hermetyczność "Werdyktu" nie zależy od tego, czy posiadamy przynajmniej podstawową wiedzę na temat zabójstwa Sophie Toscan du Plantier. Taka wiedza co najwyżej ułatwi widzom połapanie się w faktach bez gorączkowego doczytywania ukradkiem Wikipedii na telefonie. Dla Sheridana ważniejsze od poszukiwania mordercy jest jednak dowiedzenie – w oparciu o materiał dowodowy – niewinności oskarżonego krajana. Jest nim zmarły przed paroma laty dziennikarz Ian Bailey. Został on wcześniej skazany zaocznie przez francuski sąd, ale, wobec braku wiarygodnych badań profilu genetycznego sprawcy, sceptyczni Irlandczycy nie zgodzili się na ekstradycję swojego obywatela.

Sheridan inscenizuje więc coś na kształt powtórnego procesu (stąd oryginalny tytuł, "Re-creation", oznaczający rekonstrukcję), a raczej tej jego części, która toczy się za zamkniętymi drzwiami, tuż obok sądowej sali. Zarazem kręci więc wariację na temat "Dwunastu gniewnych ludzi" – i to całkiem umyślnie. Zadanie jest tyleż karkołomne, co zwyczajnie zbędne. Ale "Werdykt", opierający się na doświadczeniu reżyserskim Sheridana, korzystający z jego zaplecza artystycznego i intelektualnego, nie pozwala się ot tak skreślić. Narzucając sobie cokolwiek ciasne ramy, i te scenograficzne, i te ograniczające samą strukturę narracyjną, twórca radzi sobie znakomicie na samym poziomie filmowego rzemiosła. Zwłaszcza że świetnie prowadzi cały zespół aktorski, na czele z Vicky Krieps.


I to właśnie dzięki jej znakomitej roli chce się ten film oglądać. Krieps, jako przysięgła numer osiem, jedyna z całej grupy nie wierzy w winę Baileya. Rozpoczyna więc krucjatę w celu przekonania wszystkich obecnych, że w istocie nie jest on odpowiedzialny za śmierć Francuzki. Problem w tym, że część z zebranych najchętniej przyklepałaby jakikolwiek werdykt, aby móc jak najszybciej pójść do domu. To punkt wyjścia do ciągłego zderzania się postaw i perspektyw.
    
Rozmowy między obcymi sobie ludźmi prędko urastają do rangi konfliktów na tle społecznym i światopoglądowym. Oni sami stają się zaś awatarami danej strony sporu, a jednocześnie nie tracą indywidualnego, ludzkiego wymiaru. Na czoło, prócz wspomnianej ósmej przysięgłej, wysuwa się grany przez Johna Connorsa numer trzy, agresywny typ będący w ciągłej kontrze. Konfrontacje między ławnikami stopniowo ujawniają skrywane napięcia, skrzętnie maskowaną mizoginię, ale też i empatię. Sheridan nie jest bowiem ani nihilistą, ani cynikiem.


Wszystko to jednak wydaje się skromnym eksperymentem formalnym, ćwiczeniem wynikłym z czystej ciekawości, zbudowanym na pomyśle, który wykwitł w głowie irlandzkiego nestora – do tego cierpiącym na redundancję. Sheridan (który, dodajmy z kronikarskiego obowiązku, pojawia się na ekranie jako przewodniczący ławy przysięgłych) nie kryje, że "Werdykt" swój początek wziął z podcastu i do pewnego stopnia jego film przypomina podcast. Co gorsza, konstruując intrygę niemal krok po kroku jako odbicie arcydzieła Sidneya Lumeta, zbyt szybko oddaje pole – bo przecież wiemy, jak się to skończy. Efekt to swoisty pusty przebieg. Kino nie złe, ale daremne.   
1 10
Moja ocena:
5
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?