Recenzja filmu Pokój 237 (2012)
Rodney Ascher

Przejrzeć Stanleya

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o "Lśnieniu", ale baliście się zapytać.
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
  • recenzja kinowa Pokój 237 (2012)
Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o "Lśnieniu", ale baliście się zapytać. Zgadlibyście na przykład, że arcydzieło kina grozy jest świadectwem postkolonialnej traumy Amerykanów? A może przyszło Wam do głowy, że to panaceum na postholokaustową traumę? Albo zawoalowane przez Stanleya Kubricka wspomnienie rządowej fuchy –  fingowania relacji z lądowania na Księżycu?

Idźmy dalej. "Lśnienie" jako poligon dla przekazów podprogowych? Hotel Overlook jako symbol dialogu z "Czarodziejską górą" Tomasza Manna i "2001: Odyseją Kosmiczną"? Jack Torrance jako minotaur strzegący Labiryntu Historii i jego synek Danny jako symbol nabywającego historiozoficznej świadomości społeczeństwa? Wreszcie – filmowy pokój z topielicą jako wielka metafora ludzkiej seksualności? Oczy szeroko zamknięte otwierają nam bohaterowie dokumentu "Pokój 237". I, delikatnie rzecz ujmując, są pewni tego, co mówią.

Liczba niestworzonych teorii, które na temat "Lśnienia" wysnuli amerykaniści, krytycy filmowi, historycy kina i niezłomni fani Kubricka zawstydziłaby nawet piewców złotego wieku popkulturowej konspiry – tych od Kennedy’ego, kryzysu kubańskiego, lądowania na Księżycu i tym podobnych. Nic zresztą dziwnego, skoro jeden z bohaterów podpisuje się pod ortodoksyjnym poglądem, że lata 60. były czasem filmowej zapaści, a dopiero Kubrick wszystko zmienił. Serio?  

Podpierając się poststrukturalnym spojrzeniem na kino, bohaterowie filmu wyrzucają Kubricka poza nawias i snują kilkadziesiąt historii o samym dziele. Każda z nich wydaje się równie fascynująca, co samo "Lśnienie". I o wiele zabawniejsza.

Sklejony z precyzyjnie wyselekcjonowanych fragmentów innych filmów "Pokój 237" to nie tylko kapitalna analiza procesu powstawania wszelkich struktur fanowskich. To również film o kulcie jako takim, którego podstawą jest rytualna repetycja. "Oglądałem "Lśnienie" tak wiele razy, że nie wiem już, gdzie leży granica między tym, co widzę, a tym, co chcę zobaczyć" – mówi jeden z rozmówców. Nie każdy może sobie jednak pozwolić na taką refleksję. Film Aschera opowiada o tych, którzy nie zaprzątają sobie tym pytaniem głowy, a skierowany jest do tych, dla których definiuje ono relację widza i obrazu. I właśnie w tej dychotomii leży jego największa siła.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 59% uznało tę recenzję za pomocną (34 głosy).