Niezłomny Stanley

Film oprócz dostarczania niezłej rozrywki i akcji niesie również zatem przesłanie o psim poświęceniu oraz przywiązaniu, które umożliwia im dokonywanie nawet największych cudów.
Zombie w kinie grozy to zdecydowanie jeden z popularniejszych motywów. Pierwsze filmy z udziałem tych stworów powstawały już przed wojną. Można tu wymienić "White Zombie" z 1932 roku. To jednak dopiero George A. Romero wraz z jego "Nocą żywych trupów" rozkręcił modę na chodzących umarlaków na dobre. Od tego czasu powstała niezliczona ilość produkcji im poświęconych. Mają one różne wątki i genezy, ale zasada jest ogólnie taka sama. Bohaterowie uciekają przed hordami zombie, którzy chcą ich pożreć. I chociaż nie są one może tak intrygujące, jak wampiry, czy wilkołaki, to cały czas cieszą się niesłabnącą popularnością. Dowodem tego są wciąż nowe inkarnacje historii z nimi w rolach głównych. Jedną z bardziej niepozornych pozycji w nurcie jest z pewnością animowany short "Steadfast Stanley" z 2014 roku.

Obraz ów wyróżnia się nie tylko tym, że jest animacją, ale przede wszystkim postacią bohatera. Jest nim bowiem zwykły domowy pies rasy corgi. Cała opowieść jest przedstawiona właśnie z punktu widzenia czworonoga. Film zaczyna się od momentu, w którym pewna rodzina w pośpiechu opuszcza swój dom. Na zewnątrz latają helikoptery, słychać wyjące syreny i wystrzały. Mały chłopiec żegna się ze swoim psem Stanleyem, lecz rodzic nie pozwala mu na to i zabiera dziecko siłą. Z nogi spada mu wtedy but, a pies zostaje zamknięty sam w domu. Na szczęście w drzwiach jest wyjście dla pupila, który zabiera zgubionego buta i wyrusza za samochodem, jakim odjechali właściciele. Jak się okazuje w mieście wybuchła epidemia zombie, a Stanley musi po drodze stawić czoła całych ich zastępom.

"Steadfast Stanley" wyszedł spod ręki Johna Kima. I można śmiało powiedzieć, że animator ten posiada własny, charakterystyczny styl, co jest na pewno wielką zaletą produkcji. Postacie, jak i lokacje występujące w krótkometrażowe narysowane są bardzo energiczną i mocną kreską. Autor na pewno jadł śniadanie przed tym, zanim zasiadł do deski kreślarskiej. Takie właśnie rysunki bardziej do mnie przemawiają niż te oniryczno-rozmyte. Są bowiem bardziej wyraziste i nadają każdej postaci czegoś w rodzaju osobowości. A najwięcej jej na ekranie posiada na pewno tytułowy pies Stanley. Twórcom udało się idealnie uchwycić charakter rasy corgi, jakiej jest przedstawicielem. Jest wszędobylski i zawsze skory do zabawy.

Czworonóg jest pełen wigoru i życia. Jego wielkie oczy, uszy oraz cała mowa ciała umiejętnie oddają jego stan emocjonalny. Reżyser perfekcyjnie przeniósł na kartkę dobrze znaną z rzeczywistości właścicielom tych psów ich pocieszną naturę. Zwierzęcy bohater mimo niewielkich rozmiarów na czele z krótkimi łapkami stawia dzielnie czoło hordom umarlaków, które zagrażają zarówno jemu, jak i jego panu, którym jest mały chłopiec. Bez cienia zwątpienia ryzykuje swoje istnienie, by donieść zagubionego buta i połączyć się z właścicielem, dodając mu jednocześnie otuchy. Film oprócz dostarczania niezłej rozrywki i akcji niesie również zatem przesłanie o psim poświęceniu oraz przywiązaniu, które umożliwia im dokonywanie nawet największych cudów.
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?