"Inna mamusia" początkowo obiecuje klasyczne horrorowe doświadczenie z odświeżającym twistem. Tych, którzy zazwyczaj krzyczą na ekran z frustracji, zapewne ucieszy więc, że bohaterowie są w pełni
Doskonale pamiętam pierwszy raz, kiedy popłakałem się w kinie. "Koralina" nadwyrężyła moją kilkuletnią psychikę na tyle, że kiedy Druga Mama na dobre zawładnęła ekranem, zostały mi już tylko łzy i krzyk. Na szczęście obok siedziała mama, którą można było złapać za rękę, żeby uspokoić skołatane nerwy. Podobnego szczęścia nie ma Bella (Arabella Olivia Clark), której prawdziwa mama (Jessica Chastain) zwykle przebywa poza domem. Domem, który poza jej "tatkiem" (Jay Duplass), zamieszkuje również zmiennokształtny demon, który każe nazywać się Inną Mamusią. Kiedy stwór ucieka z szafy i zaczyna terroryzować domowników, Bella nie może nawet schować się w bezpiecznych rodzicielskich ramionach – bo nie wiadomo, kto jest prawdziwy.
"Inna mamusia" początkowo obiecuje klasyczne horrorowe doświadczenie z odświeżającym twistem. Tych, którzy zazwyczaj krzyczą na ekran z frustracji, zapewne ucieszy więc, że bohaterowie są w pełni świadomi tego, że znajdują się w filmie grozy. Obiecujące jest też przerzucenie dramaturgicznego ciężaru. Niepewność, czy potwór istnieje naprawdę, czy jest jedynie wytworem rozhulanej wyobraźni – czyli absolutna sztampa horrorów z perspektywy dziecięcej – nie wybrzmiewa tutaj ani przez chwilę. Zamiast tego groza czai się dużo bliżej, przecież nigdy nie wiadomo, czy na ekranie obserwujemy prawdziwego człowieka czy potwornego oszusta.
Ten paranoiczny potencjał pozostaje jednak w dużej mierze niewykorzystany. Scenarzysta Nathan Elston nieśmiało zaznacza go w pierwszych kilkunastu minutach filmu, żeby równie szybko o nim zapomnieć. W rachunku horrorowej efektywności budowanie suspensu przegrywa z dużo wydajniejszymi jumpscare’ami. Te, dawkowane w nadmiarze, przynoszą efekt zupełnie odwrotny, pozbawiając film jakiegokolwiek napięcia czy trwającego dłużej niż kilka sekund przestrachu.
Jedynym niekwestionowanym atutem filmu jest sama Chastain. Jej ledwie ludzka mimika to jedyne, co potrafi wzbudzić dłuższy dyskomfort. Tym bardziej dziwi, że Rob Savage z upodobaniem grzebie ją pod tonami topornych efektów specjalnych. Sam film zresztą, zupełnie jak twarz mamusi, wykręca się pod własnym ciężarem, tracąc kontrolę nad swoją kompozycją. Ostatecznie przeistacza się w nieumyślny pastisz: bawiąc tam, gdzie ma straszyć, wywołując najwyżej obojętność tam, gdzie ma bawić.
Najgorsze jest to, że ta strategia inscenizacji poprzez nadmiar miała szansę zadziałać. Widać to w sekwencji odwiedzin u przyjaciela rodziny (Arian Moayed), gdzie podlana chałupniczym CGI kakofonia straszaków wreszcie szokuje i przyjemnie podnosi tętno. To bodaj jedyny moment, gdy reżyser pozwala sobie na odpięcie wrotek. Na jednym wydechu cytuje krwawe ekscesy Sama Raimiego, "brainrotowy" język wizualny internetu i umęczanie ciała, którego nie powstydziłby się sam Pascal Laugier, wszystko obsypując jeszcze autorskim brokatem. Ten haj jest niestety jednorazowy, a nagły zjazd sprawia, że nieco zachowawcze podejście względem gatunku uwiera jeszcze bardziej.
Rob Savage i Nathan Elston usilnie próbują zrymować "Inną mamusię" z "Koraliną", ale w ich stylistycznym inwentarzu znajdują się najwyżej rymy częstochowskie. Jasne, i tam, i tutaj postać innej mamy pracuje na dwa etaty – jako źródło grozy i metafora dziecięcego osamotnienia. Tyle że lansowana przez Blumhouse mamusia obie roboty wykonuje jakby od niechcenia. Jej podejście do straszenia charakteryzuje się absolutnym przeszarżowaniem i brakiem wyczucia. Jako metafora za to jedynie markuje swoje zainteresowanie dobrostanem dzieci. Cały wywód o potrzebie rodzicielskiej bliskości sprowadza się tutaj przecież do banału o utracie niewinności i irracjonalnego lęku przed aktywnością zawodową matek (nawet jeśli później podbudowanego ciekawszymi obserwacjami o tym, czy udawanie szczęśliwej rodziny ma sens).
Rozdźwięk staje się najbardziej widoczny w tym, jak oba filmy podchodzą do elementu dziecięcej fantazji. W alternatywnym świecie zbudowanym przez drugą mamę Koraliny każda zmiana pozwalała lepiej zrozumieć główną bohaterkę. Przełamanie tej cukierkowej, misternie zbudowanej wizji słusznie wywoływało ciary. Cuda Innej mamusi ograniczają się za to do wizualnego lukru, mało znaczących błyskotek, które nie mówią nic ani o samym potworze, ani o dziewczynce, którą planuje porwać.
Oczywiście takie porównanie jest skrajnie nieuczciwe; mówimy w końcu o dwóch tytułach o zupełnie różnych ambicjach, gatunkowych przynależnościach i docelowych publicznościach. Nie chodzi tutaj jednak o narzekanie, że "Inna mamusia" nie jest "Koraliną", raczej o podkreślenie lenistwa tej pierwszej, która kompromisu między swoimi narracyjnymi ambicjami a gatunkową kanwą opowieści szuka w bezpiecznej nijakości.
Skutek? Oglądamy film poprawny, który odhacza wszystkie niezbędne punkty z podręcznika pisania horrorowych scenariuszy, ale rzadko kiedy odważa się wyjść poza szereg, albo chociaż włożyć serce w realizację swojego programowego minimum. "Inna mamusia" wywołuje więc najgorszą kinową emocję – obojętność. Oto twór, który nie jest ani szczególnie straszny, ani wybitnie dobry, ale też nie na tyle zły, żeby wraz z upływem lat pokryć się patyną kampowej kultowości.