Recenzja filmu

Susza (2021)
Robert Connolly
Eric Bana
Genevieve O'Reilly

Literatura pociągowa

Connelly konsekwentnie prowadzi dwutorową narrację, regularnie odwołując się do scen retrospektywnych, które uzupełniają wydarzenia z teraźniejszości i pomagają zrozumieć relacje między ...
Literatura pociągowa
Nie będę udawał, że znam powieści kryminalne Jane Harper, ale mogę ocenić je fachowo po okładce. A te wyglądają jak zaprojektowane na potrzeby książek, które zgarnia się z przyzwyczajenia ze stojaka z bestsellerami tuż przed wylotem naszego samolotu, gdy biegniemy do bramki i wypadałoby jeszcze po drodze chwycić butelkę wody.

Nie zamierzam deprecjonować tym samym literatury uprawianej przez australijską Brytyjkę, bo przecież zgarnia za nie liczne nagrody i sprzedaje miliony egzemplarzy, lecz "Susza", adaptacja jej debiutu, ma ten charakterystyczny posmak intrygi iście pociągowej. I nic w tym złego, bynajmniej, zwłaszcza że reżyser filmu, Richard Connolly, wyżyma ją do, nomen omen, sucha, a zgrzyta tu jedynie finał.

Tytuł jest znaczący, i to niekoniecznie w wymiarze metaforycznym, choć również. Australijska prowincja przedstawiona jest tutaj bowiem niczym królestwo z piasku, gdzie oddycha się ukropem i prędko wyzbywa marzeń, a urazy pielęgnowane są niczym dziewicza miłość. Nie na darmo wyschnięte koryto rzeki symbolizuje tu bezpowrotnie utraconą młodość.


Scena otwierająca ustawia optykę całości: powolne, niemal kontemplacyjne ujęcia zakrwawionych zwłok niby umyślnie upozowanych tak, żeby malowniczy kadr był tyleż wysmakowany, co wywoływał na plecach ciarki. Ofiarami są mały Billy i jego matka Karen; wszystko wskazuje na to, że zostali zamordowani przez ich męża i ojca, Luke’a, który potem przestrzelił sobie głowę.

Na pogrzeb po dwudziestu latach nieobecności przyjeżdża Aaron Falk, ponury, zadumany i zasadniczy agent federalny, dawny przyjaciel zabójcy. Cała sprawa wydaje się oczywista, ale rodzice sprawcy nie są przekonani, czy faktycznie stało się to, co się podobno stało. Falk, z początku niechętny, coraz głębiej drąży sprawę, a przy tym i tajemnicę z przeszłości. Otóż przed laty utopiła się jego przyjaciółka, do której smalił cholewy i pół miasteczka do dzisiaj obwinia go za śmierć dziewczyny.

Connelly konsekwentnie prowadzi dwutorową narrację, regularnie odwołując się do scen retrospektywnych, które uzupełniają wydarzenia z teraźniejszości i pomagają zrozumieć relacje między bohaterami. Ba, udaje mu się dzięki temu całkiem nieźle zarysować postać Falka bez zbędnej i często irytującej dialogowej biegunki tłumaczącej wszystko jak krowie na rowie, czy uciekania się do, dajmy na to, narracji z offu.

Małomówny agent jawi się trochę jako czysta kartka do zapisania, nie jest to facet, o którym wiemy wszystko od pierwszej sceny, stąd kusząco jest projektować na niego własne, wyciągnięte podczas seansu konkluzje. Bo może faktycznie zżera go poczucie winy, bo przed laty zabił nastoletnią Ellie? Albo pozwolił na to Luke’owi, a potem krył kumpla?

Tym bardziej szkoda, że odpowiedzi na nurtujące nas pytania podane są trochę jak deser na talerzu od niechcenia rzuconym przez kelnera na blat stołu, do tego średnio komponujący się z tym, co podano wcześniej. Finał jest, oczywiście, jak najbardziej logicznym przedłużeniem zdarzeń, ale poprzedzają go tak zwane czerwone śledzie, czyli mylne tropy, zbędne twisty fabularne i cokolwiek niepotrzebne wyjaśnienie owej tajemnicy otaczającej śmierć Ellie, jakby doklejone nieco na siłę. Tak czy inaczej, sprawnie udało się pokazać ten etap młodości, kiedy człowiek jest już dorosły duchem, ale dalej dławiony przez świat tych, którzy sprawują nad nim kontrolę.


O ile jednak dla rozwoju postaci Falka ważniejsze są owe przebitki z przeszłości, nie chcę przez to powiedzieć, że sprawa zamordowanej rodziny Luke’a jest mało znacząca i nieciekawa, nic z tych rzeczy. Przeciwnie: poprowadzona jest zgodnie z regułami gatunku, aczkolwiek niektóre rozwiązania są ewidentnie "książkowe" i chyba lepiej wypadały jako linijki tekstu niż obrazy.

Stosunkowa trywialność motywu zbrodni, do której doszło, buduje niemalże nihilistyczny portret tej społeczności na krańcu świata, nakręconej obsesjami, bezdusznej i osuwającej się coraz bardziej ku ciemności. Falk nie jest jednak żadnym światełkiem ani iskierką nadziei, to również człowiek, który dawno już przestał wierzyć w cokolwiek.

Connelly zdaje się pytać, po co to wszystko robimy, skoro i tak skończy się jak zwykle. Można odwrócić się plecami albo stawić temu czoło, lecz obojętne, gdzie spojrzymy, czeka tam tylko wyschnięta pustynia.
1 10
Moja ocena:
7
Bartosz Czartoryski
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
55% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (31 głosów).