Komentarz muzyczny, jak nic czerpiący całymi partyturami z dokonań Carpentera czy Simonettiego, podkreśla ogółem klasyczny charakter "Szympansa", jakby Roberts dobitnie chciał podkreślić, że nie
Rozmaici twórcy prześcigają się dziś w wymyślaniu kolejnych definicji ponowoczesnego horroru, usiłując zagonić gatunek tam, gdzie jeszcze nigdy nie zajrzał żaden człowiek. Dokonują złożonych trawestacji i dekonstrukcji, budują escherowskie budowle na fundamentach psychologii, socjologii i filozofii. Jeden z nich odmówił jednak udziału w tej grze i okopał się na z góry upatrzonych pozycjach. Mowa jednak nie o buntowniku, ale wyrobniku. Kto by jednak pomyślał, że tak bezpośrednie, bezpretensjonalne – choć przy tym jak najbardziej rzetelne – podejście do filmu o morderczej małpie okaże się haustem świeżego powietrza.
Johannes Roberts, bo o nim mowa, dał się dotychczas poznać jako reżyser cokolwiek równy – bo kręcił rzeczy zwyczajnie marne, imając się zleceń tyleż zróżnicowanych, co przypadkowych. Wyjątkiem była niezła "Podwodna pułapka". Po rekinach przyszła pora na małpę. Cóż, może Roberts lepiej opowiada o zwierzętach niż o ludziach.
Bo ci z "Szympansa" to zwyczajna szara masa, z której trudno wyłowić jakąkolwiek indywidualność. O ileż ciekawszy jest Ben, tytułowy hominid, na poły członek rodziny, na poły domowy pupil, nauczony niegdyś komunikacji z człowiekiem przez zmarłą na raka profesor lingwistyki. Informacje ze staroszkolnej czołówki, na którą składa się zastępujący ekspozycję montaż pierwszych stron gazet, zdradzają jego ponadprzeciętny intelekt. Jak niebawem odkryjemy sami, nieustannie knującą małpę wyróżnia ogromny spryt i godna pozazdroszczenia bystrość.
Chory na wściekliznę, cierpiący, ale (przynajmniej na początku) boleśnie świadomy swojego pogarszającego się stanu, Ben budzi zrozumiałą empatię. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie śmiała rezygnacja z ingerencji komputera i zalety znakomitego kostiumu, który nosi Miguel Torres Umba, aktor o zachwycającej zwinności, który odgrywa tytułową rolę. Bez obawy, nie ma tu żadnego uczłowieczania szympansa: ten oczy ma okrutne, palce silne, serce twarde. To tragiczna postać, ale i bezlitosna bestia, której nie obowiązują reguły cywilizacji, wyłącznie prawo dżungli.
Roberts czyni z Bena postać nie tak znowu odległą od pamiętnego Cujo, a i konstruuje narrację przypominającą konstrukcyjnie tę o wściekłym psie. Młodzi bohaterowie, córka znanego pisarza Lucy (Johnny Sequoyah), jej przyjaciele oraz siostra, przez sporą część filmu kryją się bowiem przed szalejącym szympansem w przydomowym basenie, gdzie ten nie ma dostępu z uwagi na wodowstręt. Protagoniści co i rusz próbują szybkich wypadów do rozległej rezydencji, szukając sposobu na ratunek. Wtedy film ukazuje swoje atuty najpełniej, jako że kadrowanie umyślnie ogranicza nasze pole widzenia, a to z kolei pozwala Benowi poruszać się tuż za umowną ramką kadru, pojawiać się znienacka i równie prędko znikać. Tym samym zostajemy zaproszeni do istnej zabawy w chowanego, aby w mroku nocy wypatrywać polującego na spanikowane studentki szympansa.
Zwłaszcza że są tu szczerze pomysłowe ujęcia, efektywnie podkręcające napięcie, szczególnie te skupione na żywej mimice małpy, kryjącej powykrzywiane szaleństwem oblicze za firanami czy szybą. Efekty praktyczne wykorzystano także przy ujęciach ekstremalnej przemocy, których tutaj nie braknie i które wywołują jakże pożądany dyskomfort, doskonale znany miłośnikom horroru. Komentarz muzyczny, jak nic czerpiący całymi partyturami z dokonań Carpentera czy Simonettiego, podkreśla ogółem klasyczny charakter "Szympansa", jakby Roberts dobitnie chciał podkreślić, że nie obchodzi go nic poza wyciśnięciem pomysłu na horror o szympansie do sucha, jak gąbki. I udaje mu się to modelowo.
Podobno wszystko, co napisane przed spójnikiem "ale", przestaje się liczyć, ale… Choć "Szympans" odhacza wszystkie konieczne i pożądane punkty, to jest ograniczony konwencją do tego stopnia, że staje się niewybaczalnie schematyczny. Roberts patrzy wąsko, co sprawdza się w momentach napięcia. Niestety, sceny pomostowe, te prowadzące od wyciszonych do kulminacyjnych, są skrajnie nieinteresujące. Postacie, nawet sama Lucy, to zaledwie mięso armatnie. Bodaj najbardziej pomysłowa, wyciszona sekwencja z jej niesłyszącym ojcem (Troy Kotsur), gdzie dramat rozgrywa się za jego plecami, nie wychodzi ponad poziom efekciarskiej sztuczki. Owszem, czasem to wystarcza. Ba, tutaj to wystarcza. Wypada jednak, przy moim jak najbardziej pozytywnym odbiorze filmu, uczciwie nazwać rzeczy po imieniu. Ot, horror obiektywizmu.
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu