Film cierpi na wszystkie bolączki kina niezależnego, z widocznym brakiem budżetu, ze słabą grą aktorską i standardowo niskiej jakości dubbingowanym dźwiękiem.
W Polsce nie powstaje kino superbohaterskie. Nie powstają też filmy na podstawie komiksów, ten gatunek w naszym kraju to nisza. Ten stan będzie trwał jeszcze długi czas z uwagi na małe zainteresowanie rodaków takim opowiadaniem historii. Ci, którzy przecierają szlaki, mają najgorzej i to się tyczy właśnie "Ultimate Boya". Niezależna produkcja powstająca bez budżetu, na którą producent z kulawą nogą by nie popatrzył, tworzona przez amatorów w piwnicy mogła się udać tylko w jednym przypadku. Gdyby była ciekawie opowiedziana.
Fabuła "Ultimate Boya" koncentruje się na chłopaku imieniem Paweł, który prowadząc życie bezdomnego, uzależnionego od alkoholu włóczęgi, przypadkiem dostaje w ręce magiczny miecz, dzięki któremu zyskuje supermoce. Jak mawia jednak stare przysłowie, z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność. W odruchu dobrego serca nastolatek postanawia zaangażować się w obronę miasta i nowo poznanej dziewczyny Pauliny, co ściąga na niego uwagę złych sił szukających miecza od jego pojawienia się na Ziemi.
Dlaczego z angielska Ultimate Boy, a nie np. As, Lis czy Biały Orzeł? Naiwne wyjaśnienie, jeśli dotrwamy do końca, zostanie widzowi wyrzucone łopatą bez cienia subtelności, zahaczając o śmieszność. Międzynarodowych ambicji twórcom odmówić nie sposób, obco brzmiąca nazwa ma się przebić na Zachodzie, lecz porywając się z motyką na pole efektów specjalnych kosztem oryginalnej fabuły, nieopatrznie skazują się na porażkę. Lepszych materiałów krążących w youtubowym morzu jest na pęczki.
W nieco ponad trzydziestominutowym krótkometrażowym filmie dostajemy bardzo skrócony origin, który idzie przez historię po łebkach i opowiada fabułę mocno schematycznie. Jest to schemat z schematów, a przez to już od pierwszych chwil dostajemy na tacy przewidywalną opowieść. W inspiracjach reżysera i scenarzysty widać pewne odwołania do japońskich animacji oraz mangi, pojawiają się podobieństwa do między innymi "Kick-assa" i "Spider-mana", ale są to uboższe wersje, wręcz kalki bez klimatu. Twórcy starają się poskładać klocki rozrzucone po pokoju filmowym z wdziękiem, lecz amatorskie wychowanie daje o sobie znać w statycznych kadrach i ubogiej scenografii.
"Ultimate Boy" w zamyśle młodych zapaleńców kina jest zawieszony w przyszłości, w futurystycznym świecie, gdzie miasto podzielone jest na sektory bogatszych i biedniejszych obywateli, tylko że na ekranie nie widać tego w ogóle, mamy po prostu uwierzyć na słowo. Musimy też odczytywać niektóre zabiegi reżysera i domyślać się, po co pewne sekwencje znajdują się w skończonym filmie – np. scena z demonem. Widz nie jest w stanie zrozumieć ciągu przyczyno-skutkowego, ani dowiedzieć się, jakie są moce i ograniczenia głównego bohatera.
Film cierpi na wszystkie bolączki kina niezależnego, z widocznym brakiem budżetu, ze słabą grą aktorską i standardowo niskiej jakości dubbingowanym dźwiękiem. Na poziomie operatorskim zahacza o dolne rejony, gdzie taki paradokumentalny "Dlaczego ja" urasta do rangi wielkiego dzieła. Na wszystko to jednak patriotyczny miłośnik kina mógłby przymknąć oko, gdyby historia chwytała swoją świeżością i miała emocje, tak jak to było w przypadku innego bardziej słynnego amatorskiego tytułu czyli "Że życie ma sens".
Niestety, nic takiego do napisów końcowych nie doświadczymy. Zostaniemy sami z otwartymi wątkami, licząc na to, że reżyser łaskawie opowie nam drugą część. Po seansie będziemy liczyć stracony czas, a w umyśle nie zostanie nam żadna istotna myśl ani refleksja. Co takiego ważnego miął do opowiedzenia reżyser tego widowiska, pozostanie pytaniem bez odpowiedzi.
1106
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.