Jak na Pálfiego "Kura" okazuje się zaskakująco bezpieczna formalnie. To film znacznie mniej radykalny niż "Taxidermia", nie epatuje obrzydliwością i nie urządza widzowi konkursu pod tytułem "ile
"Kura" Györgya Pálfiego skonstruowana jest jak typowa bajka. I jak każda przyzwoita bajka szybko okazuje się opowieścią o problemach, które być może niekoniecznie powinniśmy serwować dzieciom przed snem. O wolności, przemocy, hierarchii, macierzyństwie, chciwości i o tym, że świat jest miejscem, w którym nawet niewinna kura może mieć naprawdę fatalnie. W "Taxidermii", "Swobodnym opadaniu" czy "Czkawce" Pálfi pokazywał już, że z osobliwego pomysłu potrafi wycisnąć wiele. Tym razem bierze na warsztat koncept pozornie prosty: czarną kurę, jedyną taką w całej hodowli, i wrzuca ją w sam środek opowieści łączącej kino drogi, baśń, moralitet, komedię slapstickową i całkiem poważny portret ludzkiego świata. Ponieważ jedną kurę trudno obsadzić w filmie na dziewięćdziesiąt sześć minut, w tytułowej roli występuje aż osiem prawdziwych węgierskich ptaków. Eszti, Szandi, Feri, Enci, Eti, Enikő, Nóra i Anett. Przy takiej ekipie nawet Hollywood może się schować.
Pallas Film
Twenty Twenty Vision Filmproduktion GmbH
View Master Films
ZDF/Arte
Już początek ustawia ton całej opowieści. Kamera obserwuje drogę, jaką bohaterka musi przejść, by pojawić się na świecie: od zniesienia jaja przez wyklucie po pierwsze chwile na przemysłowej fermie. Wśród żółtych kurek wyróżnia się czarnym upierzeniem. Jest inna. I najwyraźniej od początku nie zamierza przepraszać za swoją odmienność ani przystawać na status quo. Sielankowa oprawa muzyczna w stylu świątecznej komedii Hallmarku zderza się z tym, co właściwie widać na ekranie. Pálfi podkręca kontrast między niewinnością obrazu a jego znaczeniem, jakby do nieco ponurej przypowieści dokleił naklejkę "pora na przygodę!". I właśnie ta nieprzystawalność jest głównym źródłem humoru.
Pallas Film
Twenty Twenty Vision Filmproduktion GmbH
View Master Films
ZDF/Arte
Kura ucieka z fermy w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca. Jej podróż prowadzi ją do greckiej nadmorskiej wioski, a stamtąd prosto do ludzkiego świata: podupadłej restauracji, rodzinnych konfliktów, drobnych interesów, przemocy i kryminalnych układów. Zaczyna jako bohaterka kina drogi, w którym najistotniejsze jest oczywiście to, kogo spotka się w trasie, i co dzieje się z tym, kto nie zna zasad miejsca, do którego właśnie trafił. Kura jest niemą, acz baczną obserwatorką. Nie rozumie ludzkich reguł, nie komentuje rzeczywistości. Po prostu patrzy, a kamera podąża za jej wzrokiem. W ten sposób film staje się czymś w rodzaju utworu La Fontaine’a czy Krasickiego: zwierzęta są tu lustrem, w którym odbijają się ludzkie zachowania. Kura spotyka ludzi czy innych bohaterów fauny, przedstawicieli kolejnych hierarchii i interesów. Za każdym razem musi się jakoś odnaleźć w rzeczywistości. Trudno o bardziej uniwersalną humanistyczną sytuację ekranową. Zmienia się tylko liczba piór.
Pallas Film
Twenty Twenty Vision Filmproduktion GmbH
View Master Films
ZDF/Arte
Grecka wieś początkowo wygląda jak obiecana kraina spokoju. Słońce świeci, nadmorski krajobraz robi wszystko, żebyśmy uwierzyli, że bohaterka wreszcie znalazła miejsce dla siebie. Ale Pálfi szybko przypomina, że w tym świecie bezpieczeństwo nie jest stanem naturalnym, ale po prostu krótką przerwą między jednym zagrożeniem a drugim. Kura może uciec z fermy, ale nie ucieknie od hierarchii. Może znaleźć schronienie, ale niekoniecznie okaże się ono bezpieczne. Może być niewinna, ale niewinność nie stanowi żadnej waluty w świecie, w którym silni mają władzę. "Kura" wyraźnie opowiada o człowieku, choć konsekwentnie patrzy na niego z wysokości grzędy. Nieprzypadkowo przywołuje skojarzenia z "Na los szczęścia, Baltazarze" Bressona czy "IO" Skolimowskiego. W obu przypadkach zwierzęca perspektywa pozwalała zobaczyć ludzką rzeczywistość z dystansu i bez konieczności wyposażania bohatera w psychologiczny komentarz. Pálfi idzie podobną drogą, ale w tej trasie ma nieco inny humor niż wymienieni reżyserzy. U niego tragedia regularnie wpada na slapstick, a grozę przecina absurd.
Pallas Film
Twenty Twenty Vision Filmproduktion GmbH
View Master Films
ZDF/Arte
Dialogi w "Kurze" schodzą na dalszy plan, a ciężar narracji przejmują ruch, montaż, zachowanie zwierząt i nade wszystko ścieżka dźwiękowa. Momentami przypomina to nieco mój ulubiony szablon instagramowej memosfery, szczególnie kiedy wydarzeniom z udziałem szalonych zwierząt towarzyszy nostalgiczna grecka muzyka – oto "Moje wielkie greckie wesele" z kurą w roli głównej! Pálfi naprawdę lubi te audiowizualne kontrapunkty, więc obraz i dźwięk rzadko kiedy idą grzecznie pod rękę. Jednym z najbardziej charakterystycznych przykładów jest wykorzystanie scatowanej wersji "Boléra" Ravela w scenie ucieczki – scena z rozmachem godnym co najmniej finału epopei; Pálfi przypomina, że nie ma na świecie zbyt małej bohaterki, żeby zrobić jej wielkie wejście. Natomiast po tym, co robił z tym utworem Sion Sono w "Miłości obnażonej", raczej nic już nie zaskoczy.
Pallas Film
Twenty Twenty Vision Filmproduktion GmbH
View Master Films
ZDF/Arte
Jak na Pálfiego "Kura" okazuje się zaskakująco bezpieczna formalnie. To film znacznie mniej radykalny niż "Taxidermia", nie epatuje obrzydliwością i nie urządza widzowi konkursu pod tytułem "ile jeszcze wytrzymasz?". Zamiast tego oferuje słońce, kurz, greckie krajobrazy, zwierzęta i sporą dawkę absurdu. Jest przy tym filmem nierównym: momentami dowcip i kontrapunkty trafiają idealnie, innym razem metafora zaczyna być aż nazbyt czytelna. Formalnie reżyser pozostaje w granicach, które zdążył już kiedyś przekroczyć, mimo że to właśnie tym razem bierze na warsztat mocno wyświechtany koncept. Bez wątpienia jest w tych swoich dokonaniach niezwykle solidny i jego działania najzwyczajniej w świecie skutecznie bawią widza – a przynajmniej ja poczułam, że komediowa obietnica zostaje przez niego spełniona. Droga z tą kurą nie należy może do najciekawszych podróży życia, ale dostarcza nieco rozrywki.