Recenzja filmu

Kura (2025)
György Pálfi

W drogę!

Jak na Pálfiego "Kura" okazuje się zaskakująco bezpieczna formalnie. To film znacznie mniej radykalny niż "Taxidermia", nie epatuje obrzydliwością i nie urządza widzowi konkursu pod tytułem "ile
W drogę!
"Kura" Györgya Pálfiego skonstruowana jest jak typowa bajka. I jak każda przyzwoita bajka szybko okazuje się opowieścią o problemach, które być może niekoniecznie powinniśmy serwować dzieciom przed snem. O wolności, przemocy, hierarchii, macierzyństwie, chciwości i o tym, że świat jest miejscem, w którym nawet niewinna kura może mieć naprawdę fatalnie. W "Taxidermii", "Swobodnym opadaniu" czy "Czkawce" Pálfi pokazywał już, że z osobliwego pomysłu potrafi wycisnąć wiele. Tym razem bierze na warsztat koncept pozornie prosty: czarną kurę, jedyną taką w całej hodowli, i wrzuca ją w sam środek opowieści łączącej kino drogi, baśń, moralitet, komedię slapstickową i całkiem poważny portret ludzkiego świata. Ponieważ jedną kurę trudno obsadzić w filmie na dziewięćdziesiąt sześć minut, w tytułowej roli występuje aż osiem prawdziwych węgierskich ptaków. Eszti, Szandi, Feri, Enci, Eti, Enikő, Nóra i Anett. Przy takiej ekipie nawet Hollywood może się schować.
   

Już początek ustawia ton całej opowieści. Kamera obserwuje drogę, jaką bohaterka musi przejść, by pojawić się na świecie: od zniesienia jaja przez wyklucie po pierwsze chwile na przemysłowej fermie. Wśród żółtych kurek wyróżnia się czarnym upierzeniem. Jest inna. I najwyraźniej od początku nie zamierza przepraszać za swoją odmienność ani przystawać na status quo. Sielankowa oprawa muzyczna w stylu świątecznej komedii Hallmarku zderza się z tym, co właściwie widać na ekranie. Pálfi podkręca kontrast między niewinnością obrazu a jego znaczeniem, jakby do nieco ponurej przypowieści dokleił naklejkę "pora na przygodę!". I właśnie ta nieprzystawalność jest głównym źródłem humoru. 


Kura ucieka z fermy w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca. Jej podróż prowadzi ją do greckiej nadmorskiej wioski, a stamtąd prosto do ludzkiego świata: podupadłej restauracji, rodzinnych konfliktów, drobnych interesów, przemocy i kryminalnych układów. Zaczyna jako bohaterka kina drogi, w którym najistotniejsze jest oczywiście to, kogo spotka się w trasie, i co dzieje się z tym, kto nie zna zasad miejsca, do którego właśnie trafił. Kura jest niemą, acz baczną obserwatorką. Nie rozumie ludzkich reguł, nie komentuje rzeczywistości. Po prostu patrzy, a kamera podąża za jej wzrokiem. W ten sposób film staje się czymś w rodzaju utworu La Fontaine’a czy Krasickiego: zwierzęta są tu lustrem, w którym odbijają się ludzkie zachowania. Kura spotyka ludzi czy innych bohaterów fauny, przedstawicieli kolejnych hierarchii i interesów. Za każdym razem musi się jakoś odnaleźć w rzeczywistości. Trudno o bardziej uniwersalną humanistyczną sytuację ekranową. Zmienia się tylko liczba piór.


Grecka wieś początkowo wygląda jak obiecana kraina spokoju. Słońce świeci, nadmorski krajobraz robi wszystko, żebyśmy uwierzyli, że bohaterka wreszcie znalazła miejsce dla siebie. Ale Pálfi szybko przypomina, że w tym świecie bezpieczeństwo nie jest stanem naturalnym, ale po prostu krótką przerwą między jednym zagrożeniem a drugim. Kura może uciec z fermy, ale nie ucieknie od hierarchii. Może znaleźć schronienie, ale niekoniecznie okaże się ono bezpieczne. Może być niewinna, ale niewinność nie stanowi żadnej waluty w świecie, w którym silni mają władzę. "Kura" wyraźnie opowiada o człowieku, choć konsekwentnie patrzy na niego z wysokości grzędy. Nieprzypadkowo przywołuje skojarzenia z "Na los szczęścia, Baltazarze" Bressona czy "IO" Skolimowskiego. W obu przypadkach zwierzęca perspektywa pozwalała zobaczyć ludzką rzeczywistość z dystansu i bez konieczności wyposażania bohatera w psychologiczny komentarz. Pálfi idzie podobną drogą, ale w tej trasie ma nieco inny humor niż wymienieni reżyserzy. U niego tragedia regularnie wpada na slapstick, a grozę przecina absurd.


Dialogi w "Kurze" schodzą na dalszy plan, a ciężar narracji przejmują ruch, montaż, zachowanie zwierząt i nade wszystko ścieżka dźwiękowa. Momentami przypomina to nieco mój ulubiony szablon instagramowej memosfery, szczególnie kiedy wydarzeniom z udziałem szalonych zwierząt towarzyszy nostalgiczna grecka muzyka – oto "Moje wielkie greckie wesele" z kurą w roli głównej! Pálfi naprawdę lubi te audiowizualne kontrapunkty, więc obraz i dźwięk rzadko kiedy idą grzecznie pod rękę. Jednym z najbardziej charakterystycznych przykładów jest wykorzystanie scatowanej wersji "Boléra" Ravela w scenie ucieczki – scena z rozmachem godnym co najmniej finału epopei; Pálfi przypomina, że nie ma na świecie zbyt małej bohaterki, żeby zrobić jej wielkie wejście. Natomiast po tym, co robił z tym utworem Sion Sono w "Miłości obnażonej", raczej nic już nie zaskoczy. 


Jak na Pálfiego "Kura" okazuje się zaskakująco bezpieczna formalnie. To film znacznie mniej radykalny niż "Taxidermia", nie epatuje obrzydliwością i nie urządza widzowi konkursu pod tytułem "ile jeszcze wytrzymasz?". Zamiast tego oferuje słońce, kurz, greckie krajobrazy, zwierzęta i sporą dawkę absurdu. Jest przy tym filmem nierównym: momentami dowcip i kontrapunkty trafiają idealnie, innym razem metafora zaczyna być aż nazbyt czytelna. Formalnie reżyser pozostaje w granicach, które zdążył już kiedyś przekroczyć, mimo że to właśnie tym razem bierze na warsztat mocno wyświechtany koncept. Bez wątpienia jest w tych swoich dokonaniach niezwykle solidny i jego działania najzwyczajniej w świecie skutecznie bawią widza – a przynajmniej ja poczułam, że komediowa obietnica zostaje przez niego spełniona. Droga z tą kurą nie należy może do najciekawszych podróży życia, ale dostarcza nieco rozrywki.
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?