Edukacja Carrie

Bliżej fabule do „Słodkich kłamstewek” i „Plotkary” niż do psychologicznego ciężaru bądź co bądź pulpowej z ducha i serca powieści Kinga. Ale nie jest to wyróżnik negatywny, bynajmniej. Flanagan
Edukacja Carrie
Legenda głosi, że gdyby nie żona, to debiutancka powieść Stephena Kinga skończyłaby na dnie kosza na śmieci, utytłana fusami z kawy i kocim żwirkiem. Faktycznie: od zniszczenia i zapomnienia ocaliła ją małżonka pisarza, przekonując go, że jednak nie jest tak źle, jak mu się wydawało. Inna sprawa, że ten, zanim zmiął ją i wyrzucił do śmieci, zdążył ponoć napisać zaledwie skromne trzy strony. Gorzej było chociażby w przypadku Roberta Luisa Stevensona, który za sprawą przerażonej partnerki miał spalić calutki manuskrypt o doktorze Jekyllu i panu Hydzie, ale, targany wyrzutami sumienia, z samego rana usiadł i z pamięci swoją książkę zrekonstruował.


Tymczasem przyszedł czas zdekonstruować „Carrie”. Bo choć rzeczona powieść to nadal kawał literatury grozy, napisana została przed pięćdziesięcioma już laty, więc jako historia o dojrzewaniu, podejmująca temat szkolnego ostracyzmu i kolizji z obowiązującymi normami społecznymi, zdążyła nieco zmurszeć. Mike Flanagan, który najwyraźniej przejął od Micka Garrisa tytuł nadwornego adaptatora prozy Kinga, od dawna zastrzegał, że jego serial nie będzie niewolniczo ekranizował książki, scena po scenie, a przeniesienie jej do współczesności zaowocuje umieszczeniem bohaterki i wydarzeń w innych niż do tej pory kontekstach. Istotnie, swojej obietnicy dotrzymał i z pewnością mamy do czynienia z najciekawszym przeniesieniem wydawniczego debiutu Kinga od czasu filmu Briana De Palmy, do którego kolejni twórcy niby usiłowali dodać cokolwiek pomysłowego, a tylko od niego odejmowali.

U Flanagana tytułowa Carrie (Summer H. Howell) żyje, prawie że dosłownie, pod kloszem, bo z domu wychodzi tylko na sąsiadujący z nim ogród, a jej jedyne okno na świat to książki podrzucane jej przez troskliwą sąsiadkę. Nastolatka, choć świadoma istnienia czegoś więcej niż trzy pokoje z kuchnią, ma bezpośredni kontakt wyłącznie z ojcem święcie przekonanym o zacieśniającym się spisku przeciwko ludzkości oraz apodyktyczną matką, której tyraniczny charakter wynika z niezłomnego przekonania o moralnej degrengoladzie świeckiej części Ameryki. Margaret jednak nie nadstawia drugiego policzka, kiedy po śmierci męża państwo każe jej skierować Carrie do publicznego ogólniaka; to tam rozegra się bitwa o przyzwoitość, o dusze, o zasady i o lajki oraz subskrypcje.


Carrie, kompletnie nieprzygotowana nie tylko do jakiegokolwiek obcowania z obwarowaną szeregiem reguł szkolną hierarchią, ale i nieprzystosowana do zwyczajnej codzienności w grupie rówieśniczej, zjawia się tam jako czysta kartka. No, może jednak zapisana nieśmiało transcendentaliami – acz atramentem sympatycznym. Liceum, zgodnie ze słusznymi obawami gniewnej Margaret, odmieni dziewczynę, choć transformacja ta nie będzie niosła znaniom zatracenia. Tam nauczy się o spektrum ludzkich emocji, pozna aspekty człowieczego charakteru i natury. Na dobrą sprawę w tym ujęciu serial Flanagana staje się kolejną popkulturową wersją mitu o Pigmalionie, tyle że tutaj to koleżanki „rzeźbią” młodą i niewinną dziewczynę z biednej rodziny.

Całość naznaczona jest jednak sznytem znanym z seriali o starszej młodzieży dla starszej młodzieży z ubiegłej dekady, na których wychowywali się milenialsi. Bliżej tej fabule do „Słodkich kłamstewek” i „Plotkary” niż do psychologicznego ciężaru bądź co bądź pulpowej z ducha i serca powieści Kinga. Ale nie jest to wyróżnik negatywny, bynajmniej. Flanagan bowiem sprawnie operuje tabloidową przesadą i nawet te efekciarskie zagrywki wykorzystuje do naszkicowania wiarygodnego portretu charakterologicznego – i samej Carrie, i drugiego planu. Dziewczyna, raz nęcona wizjami przyjaźni, raz odpychana czystymi złośliwościami, motywowana jest samą chęcią poznania świata, lecz co i rusz marnotrawi swoją życzliwość. Stąd jej wybuchy, budzące telekinetyczne moce, jawią się niczym boski gniew. 


Serial ucieka jednak, jak tylko może, od kontekstu religijnego – choć ewidentnie kusi Flanagana ukazanie bohaterki jako figury niemalże mesjanistycznej, która zostaje niezrozumiana i wyszydzona – z korzyścią jednak dla ewentualnej kontynuacji tej opowieści, pod którą wylewa się tutaj fundamenty. Wypada to jednak cokolwiek konwencjonalnie. Cóż, takie prawa produkcji komercyjnej, zwłaszcza że ma to być dla reżysera i scenarzysty furtka do realizacji wymarzonej „Mrocznej Wieży”, złotego Graala twórczości Kinga.

Nadnaturalnego horroru tutaj niewiele, serial Flanagana ciąży raczej ku obyczajowi i straszy zwykle drugim człowiekiem, w którym zdają się drzemać demony straszniejsze niż te, jakie zdołałaby wymyślić literatura grozy. Uproszczeń jest tu jednak multum, rzadko „Carrie” sięga po kolory inne niż podstawowe, żeby przedstawić zdarzenia i postacie, ale w tym przypadku, żeby raz jeszcze opowiedzieć historię znaną bodaj wszystkim i dopisać do niej coś od siebie, to wystarcza.
1 10
Moja ocena serialu:
7
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?