Recenzja Sezonu 2

Klara (2024)
Łukasz Jaworski
Izabela Kuna

Bluzganie łagodzi obyczaje

Ci, którzy obawiali się, że 2. sezon "Klary" może okazać się pożegnaniem z charyzmatyczną bohaterką, mogą spać spokojnie – ostatni odcinek, podobnie jak w pierwszym sezonie, kończy się
Bluzganie łagodzi obyczaje
Podejmując się napisania recenzji 2. sezonu hitowego serialu HBO "Klara", postawiłem się w niefortunnej sytuacji. Doszukując się słabych stron tej produkcji, z miejsca mogę zostać posądzony o uprzedzenia, brak zrozumienia kobiecej perspektywy, a w przypadku absolutnie ekstremalnym – o mizoginię. Ale choć obawiam się podobnych zarzutów, nie zwykłem przymykać oka na wady ewidentne, a tych w serialu wyreżyserowanym przez Łukasza Jaworskiego, niestety, nie brakuje.


Zacznijmy od tego, o czym jest "Klara". Tytułowa bohaterka, brawurowo kreowana przez Izabelę Kunę, to singielka po czterdziestce, mieszkająca samotnie w Warszawie, gdzie pracuje (najprawdopodobniej; życie zawodowe Klary nieszczególnie interesuje scenarzystów) jako ilustratorka. Od kilku lat uwikłana jest w romans z żonatym prawnikiem Aleksem (Adam Woronowicz). Ich relacja jest dysfunkcyjna i pozbawiona przyszłości, ale Klara nie potrafi zakończyć tego związku, nie chce tego także zakochany w niej po uszy Aleks. W życiu bohaterki ważne miejsce zajmują także przyjaciele: singielka po fachu Wronka (Katarzyna Warnke) i radiolog Wojtek (Piotr Adamczyk), z którymi Klara widuje się w zasadzie codziennie, spędzając czas na poprzetykanych wiązankami przekleństw rozmowach o życiu uczuciowym i wlewaniu w siebie hektolitrów wina i koniaku (to jej ulubiony alkohol). Jest też kot Gerard, który w głowie Klary zamienia się w… Eryka Kulma, który w pięknie zblazowany (no w końcu to rasowy kot!) sposób komentuje życie swojej właścicielki. I choć nasza bohaterka jest stała w swym uczuciu do Aleksa, podobnej stałości brakuje jej w życiu seksualnym – w pierwszym sezonie znalazło się miejsce dla jeszcze dwóch adoratorów, a byłoby ich więcej, gdyby niektórzy pechowcy nie trafili akurat na Klarę-furiatkę. Tytułowa bohaterka jest bowiem prawdziwym wulkanem emocji, z łatwością przechodzącym od czułości do wściekłości i z powrotem. Klara potrafi w jednej chwili czarować uśmiechem, by za moment obrzucić interlokutora wyzwiskami i okazać mu nienawiść.


Ktoś mógłby sobie zadać – skądinąd słuszne – pytanie: jakim cudem mężczyźni w tym serialu szaleją na punkcie tak toksycznej bohaterki? I tutaj chyba muszę zasłonić się truizmem, iż "sztuka rządzi się swoimi prawami" – w tym wypadku sztuka serialowa, a konkretnie: scenopisarska. Tak bowiem "Klarę" napisali Izabela Kuna (w książce pod tym samym tytułem) i Marek Modzelewski, scenarzysta zaczynający niegdyś od "Barw szczęścia", a w ostatnim czasie święcący triumfy za sprawą trylogii "Teściowie" (gdzie zresztą znakomicie sprawdził się duet Kuna-Woronowicz). W ich historii tytułowa bohaterka swoimi wadami nie tyle odpycha, co przyciąga do siebie niemal wszystkich ludzi wokół siebie. Niemal, bo od tej zasady istnieje jeden, za to ogromnie istotny wyjątek: matka Klary (Iwona Bielska), jeszcze bardziej toksyczna, a przy tym zaciekła w swej krytyce życia córki. Bohaterka ewidentnie pragnie matczynej miłości i akceptacji, ale ani jedna, ani druga nie potrafi opuścić gardy na tyle, by doprowadzić do pojednania. Zamiast tego nieustannie skaczą sobie do oczu, co zaczyna męczyć widza już po kilku pierwszych odcinkach, a drugi sezon serialu nie przynosi żadnej poprawy.


Kontynuacja losów Klary podejmuje fabułę dokładnie w momencie, w którym zakończył się ostatni odcinek pierwszego sezonu, gdy na progu mieszkania bohaterki – jak gdyby nic, po czterdziestu latach nieobecności – zjawił się jej ojciec. I tu następuje mały szok, gdyż twórcy "Klary" postanowili dokonać zmiany obsadowej – podczas gdy w finale pierwszego sezonu w króciutkiej scenie w ojca Klary wcielił się Marian Dziędziel, w sezonie drugim w tej roli występuje niezrównany Joachim Lamża. I trzeba przyznać, że był to strzał w dziesiątkę! Aktor oglądany ostatnio w "Heweliuszu" pasuje do postaci złotoustego ojca idealnie – jest szarmancki, dowcipny, choć oczywiście również zakłamany i nieco powierzchowny. Nasza bohaterka – czemu nie sposób się dziwić – z początku podchodzi do powrotu ojca podejrzliwie i z dużą rezerwą. Choć przez całe życie brakowało jej relacji z tatą i miała do niego mnóstwo pytań, jego nagłe pojawienie się wywraca jej codzienność (i psychikę) do góry nogami. A że nie jest to jedyna niespodzianka, jaką w drugim sezonie przygotowali scenarzyści, Klara nie tylko nie zbliży się do osiągnięcia wewnętrznej równowagi, ale wręcz się od niego oddali.


W "Teściach" Marek Modzelewski udowodnił, że ma znakomite ucho do dialogów i choć w "Klarze" również nie brakuje błyskotliwych wymian między bohaterami, nie można oprzeć się wrażeniu, że fabuła stała się bardziej wulgarna i powierzchowna. Zamiast ciętych ripost są bluzgi, zamiast inteligentnych żartów – kloaczny humor, z puszczaniem bąków, wymiotowaniem na stół i terapeutką z grypą żołądkową na czele. Klara coraz mniej przypomina kobietę wyzwoloną, a coraz bardziej – wykolejoną. Nie pomaga wciąż duży (o ile nie większy) czas ekranowy Wronki – Katarzyna Warnke nadal nie czuje komediowego repertuaru. Jej gra aktorska jest sztuczna i choć Wronka miewa zabawne momenty i one-linery, zbyt często clue jej wypowiedzi są wulgaryzmy i inwektywy. Nie jestem przeciwnikiem używania przekleństw w filmach czy serialach – wszak to nieodzowna część języka, której, z różną zapewne intensywnością, używamy wszyscy. Ale gdy wulgaryzmy zaczynają dominować w warstwie dialogowej i stają się przejawem lenistwa scenarzystów, uważających je za łatwy sposób na rozśmieszenie widza – wtedy robią się męczące i odpychające. I właśnie to uczucie – zmęczenie – towarzyszyło mi często podczas oglądania drugiego sezonu "Klary".


Jednocześnie serial Łukasza Jaworskiego pozostaje jedną z najsprawniej i najefektowniej zrealizowanych polskich komedii ostatnich lat. Wysokie production value osiągnięto tu za sprawą sekwencji snów, które są nieodzowną częścią "Klary" od pierwszych odcinków, a w drugim sezonie są jeszcze bardziej rozbuchane i… odklejone. Dużo tu uśmiercania bohaterów i wspaniałych scenografii – niektóre żywcem wyjęte z kina kostiumowego, inne rodem z horroru. Szkoda, że pod tą efektowną warstwą wizualną najczęściej brakuje… treści. Drugi sezon "Klary" próbuje mówić o sprawach ważnych i trudnych: odrzuceniu przez rodziców, problemach alkoholowych, lękach przed utratą bliskiej osoby, ale w większości przypadków jedynie prześlizguje się po powierzchni tematu. Nawet coś, co w dzisiejszych czasach jest dla wielu ludzi codziennością, czyli terapia, zostaje w "Klarze" obśmiane i wykoślawione, nie przynosząc żadnej sensownej konkluzji. Jeśli więc serial Jaworskiego świetnie wypada jako produkcja rozrywkowa na poziomie realizacyjnym, z jego środka zieje fabularna pustka, którą próbują wypełniać perypetie sercowe i rodzinne tytułowej bohaterki. To jednak zdecydowanie za mało.

Ci, którzy obawiali się, że 2. sezon "Klary" może okazać się pożegnaniem z charyzmatyczną bohaterką, mogą spać spokojnie – ostatni odcinek, podobnie jak w pierwszym sezonie, kończy się cliffhangerem, który gwarantuje powstanie kontynuacji otwierającej naszą bohaterkę na nowe kierunki (dosłownie i w przenośni). Pytanie tylko, czy twórcom uda się tym razem przygotować treść, która nadąży za realizacyjną solidnością, co do której akurat nie ma żadnych wątpliwości. Jeśli miałbym dać jedną radę Jaworskiemu, Modzelewskiemu i spółce, byłoby to: mniej bluzgów, więcej pomysłów.
1 10
Moja ocena sezonu 2:
5
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?