Recenzja filmu Tommaso (2019)
Abel Ferrara

Portret artysty z czasów starości

"Tommasa" warto obejrzeć dla autoironicznej kreacji Willema Dafoe. Dwugodzinna psychodrama jest popisem możliwości aktora.
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
  • recenzja kinowa Tommaso (2019)
Nawrócony grzesznik to ulubiona figura Abla Ferrary. Jego upodobanie do zanurzania bohaterów, eufemistycznie mówiąc, niebędących wzorami cnót w chrześcijańskim mistycyzmie zdaje się mieć swe źródło we włoskich korzeniach twórcy. Kultura przodków, łącząca w sobie ambiwalentne elementy, jak maczyzm i religijność, stała się podstawą dla pulpowych opowieści o złych gangsterach i jeszcze gorszych gliniarzach. O ile wcześniejsze filmy często były chłopięcymi fantazjami o twardych mężczyznach, o tyle "Tommaso" jest dziełem bardziej stonowanym, a przy tym niezwykle osobistym. 

photo.title

Jego autobiograficzny wymiar podkreśla dobór obsady. W role żony i dziecka tytułowego bohatera wcielają się bowiem Cristina Chiriac i Anna Ferrara, czyli życiowa partnerka amerykańskiego filmowca oraz ich córka. Na ekranowe persona poetica stojącego za kamerą autora został zaś namaszczony należący do ulubionych aktorów Ferrary Willem Dafoe. Casting ten wydaje się znamienny tym bardziej, że poprzednio panowie spotkali się w 2014 roku na planie filmu o ostatnich dniach życia Piera Paola Pasoliniego, kontrowersyjnego włoskiego filmowca, jednego z mistrzów autora "Złego porucznika"

Choć mogłoby się wydawać, że źródłem większości problemów, z jakimi zmaga się bohater, jest jego związek z młodszą kobietą, "Tommaso" nie daje się zamknąć w ramach ckliwego melodramatu rodzinnego. To raczej osobista spowiedź Abla Ferrary, wnikliwe studium kryzysu męskości prezentowanego i analizowanego na różnych płaszczyznach: nie tylko seksualnej (odrzucenie przez partnerkę) czy wiekowej (późne ojcostwo), ale też – a kto wie, czy nie przede wszystkim – twórczej. "Tommasa" łatwo bowiem odczytywać jako rewers "Pasoliniego". O ile jako reżyser obrazoburczego "Salo, czyli 120 dni Sodomy" Dafoe z graniczącą z pychą pewnością siebie wykładał swój artystyczny manifest i swobodnie snuł plany zrealizowania kolejnego dzieła, o tyle refrenem "Tommasa" stają się sceny rozliczania się z przeszłością podczas mityngów AA i ślęczenia nad scenopisem rodzącego się w bólach filmu.

photo.title

Mimo usilnych starań protagoniście nie udaje się wyjść z błędnego koła napędzanego przez toksyczną męskość. Stara się on oczyścić umysł, medytując i uprawiając jogę, z tyłu jego głowy wciąż pojawia się jednak pytanie o wierność żony. Uruchamia ono męczeńskie fantazje o potajemnych schadzkach ukochanej, obniżając poczucie własnej wartości bohatera. Do głosu dochodzą więc, zdawałoby się, uśpione ambicje sprostania narzuconej mężczyznom przez społeczeństwo roli twardziela, do utrwalenia których jak na ironię przyczynił się sam Tommaso/Ferrara. Idące z nimi w parze zaborczość i agresja utrudniają znalezienie wspólnego języka z pragnącą niezależności partnerką. Demony przeszłości, pozbawione wprawdzie pożywki w postaci alkoholu i narkotyków, wracają, odciskając swe piętno na teraźniejszości i utrudniając skupienie się na pracy twórczej.

"Tommasa" warto obejrzeć dla autoironicznej kreacji Willema Dafoe. Dwugodzinna psychodrama jest popisem możliwości aktora. Typowe dla Abla Ferrary tendencje do ubarwiania historii chrześcijańskim mistycyzmem i narcystyczne przymierzanie się do figury Zbawiciela sprawiają jednak, że dzieło traci na lekkości. Tym samym trudno oprzeć się wrażeniu, że bardziej niż widowni było ono potrzebne samemu Ferrarze jako rodzaj autoterapii.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 58% uznało tę recenzję za pomocną (12 głosów).
Ewelina Leszczyńska
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie