Recenzja filmu

Triangle of Sadness (2022)
Ruben Östlund
Harris Dickinson
Charlbi Dean

Łódka nicości

Dean i Dickinson są obsadzeni bez pudła, lecz bohaterów dostali z dykty. On jest zbyt płynny w uczuciach i stanach ducha, byśmy uwierzyli, że w głębi serca pozostaje pragmatykiem. Ona – zbyt ...
Łódka nicości
Im pewniejszym krokiem Ruben Östlund przechadza się wśród żywych klasyków europejskiego kina, tym łatwiejsze wybiera sobie cele. Karierę rozpoczynał od przenikliwych wiwisekcji społeczeństwa na krawędzi implozji, prowokując zresztą dość niesprawiedliwe porównania z Michaelem Haneke. Dziś przypomina raczej wytrawnego boksera, który ogranicza się do walk pokazowych. W nagrodzonym Złotą Palmą "The Square" stłukł na kwaśne jabłko ewangelistów sztuki współczesnej, choć trzeba przyznać, że jego fenomenalne dzieło obroniło się dzięki twistowi – szlachetnemu, humanistycznemu przesłaniu, które unieważniło okrutną połajankę. W najnowszym filmie, "Triangle of Sadness", obrywa się beneficjentom "późnego kapitalizmu", lecz zamiast nokautu dostajemy wymęczone zwycięstwo na punkty. To sprawnie zrealizowany, zabawny i przewrotny film, który byłby perłą w koronie niejednego satyryka z kamerą. W przypadku Östlunda, twórcy "Turysty", "Gry" oraz "Mimowolnie", to jednak krok wstecz.


Film rozpoczyna długa sekwencja castingu, w której poznajemy pięknego jak wiosenny poranek modela i influencera Carla (Harris Dickinson). Walcujący pomiędzy półnagimi mężczyznami dziennikarz sprawia, że przed oczami staje nam "Bruno" Sachy Barona Cohena – choć Bruno wiedział, że aby rozsadzić obłudną rzeczywistość świata mody, nie można markować ciosów. Później przenosimy się do ekskluzywnej restauracji. Przy stoliku siedzimy razem z Carlem oraz jego dziewczyną, modelką i influencerką Yayą (Charlbi Dean). Z ich kłótni o pieniądze wnioskujemy, że miłość jest przereklamowana, zaś granica pomiędzy zauroczeniem a długoterminowym, marketingowym planem – ledwie zauważalna. Östlund też tam jest, wręcza nam sylabus z zagadnieniami: cyniczne social media kontra zapomniana sztuka dialogu, płeć kulturowa kontra biologiczne atawizmy, komunikacyjna atrofia, erozja konserwatywnych ról społecznych, miłosna asymetria, i tak dalej, pac pac w bębenek. Potem piękni i młodzi płyną w rejs luksusowym liniowcem (jakżeby inaczej, na koszt sponsorów), gdzie przyjdzie im kłócić się o jeszcze większe abstrakcje. Przy okazji skonfrontują się zarówno z nowobogackim cynizmem, jak i z korumpującą potęgą starego pieniądza. A wszystko pod czujnym okiem klasy pracującej, odhumanizowanej przez rozpustnych bogaczy i zamienionej w stado współczesnych niewolników. "Wszyscy jesteśmy równi" – krzyczy wyfiokowana dama, zmuszając kelnerkę do kąpieli w jacuzzi i w konsekwencji dezorganizując pracę całej załogi.

Apokalipsa jest oczywiście kwestią czasu. Ale póki na pokładzie trwa impreza, póty Östlund jest w swoim żywiole. Pasażerowie statku – od małżeństwa, które zbudowało imperium dzięki sprzedaży broni, przez zakompleksionego magnata nowych technologii, po nihilistycznego rosyjskiego oligarchę – nie są wprawdzie postaciami z krwi i kości, to raczej chodzące postulaty, lecz reżyser na tyle finezyjnie bawi się konwencją groteski, że ciężko czynić z tego zarzut. W najlepszej scenie filmu wiecznie zawiany i zakochany w Marksie kapitan (Woody Harrelson w epizodzie, który mógłby zagrać przed poranną kawą), debatuje z oligarchą o wyższości socjalizmu nad kapitalizmem, podczas gdy w tle szaleje epidemia choroby morskiej, fekalne pandemonium na kosmiczną skalę. Amerykański komunista i rosyjski kapitalista w oku cyklonu odchodów i wymiocin? "Wielkie żarcie" i Monty Python w czułych objęciach? Sounds like fun. 


Östlund też dobrze się bawi i w ramach dramaturgicznej eskalacji zmierza tanecznym krokiem w stronę końca świata. Paradoksalnie też, dzięki sporym uproszczeniom w rysunku psychologicznym bohaterów, udaje mu się wygrać nieco mniej oczywiste napięcia w klasowym konflikcie (fantastyczna jest scena, w której Carl i Yaya odtwarzają klasyczną fabułę pornosa o hydrauliku zakradającym się do sypialni żony pod nieobecność męża-bogacza). Ale ponieważ całość trwa dwie godziny z okładem, musi w końcu zaciągnąć hamulec. To przykry moment. W ostatnim akcie filmu reżyser ma do zaoferowania jedynie spiętrzone banały oraz fantazję o resecie zgniłej cywilizacji. Spokojnie, nie zdradzę, do jakiego portu zawija łódka miłości i klasowych resentymentów. Powiem jedynie, że w opowieści o gwałtownym odwróceniu ról społecznych na wierzch wychodzą wszystkie felery tekstu. Dean i Dickinson są obsadzeni bez pudła, lecz bohaterów dostali z dykty. On jest zbyt płynny w uczuciach i stanach ducha, byśmy uwierzyli, że w głębi serca pozostaje pragmatykiem. Ona – zbyt wsobna, by dostrzec w jej sugerowanej przemianie jakąkolwiek emocjonalną prawdę. Östlund wie, jak napisać niesympatyczne postaci. Lecz zazwyczaj robi to po to, byśmy na koniec drogi do odkupienia mieli ochotę rzucić im koło ratunkowe. Tym ludziom nie podałbym słomki. 

Tytuł filmu oznacza miejsce pomiędzy skroniami i nasadą nosa, idealne do aplikacji botoksu. Gdy w toku akcji zwrot ten okazał się podwójnie kodowany, było mi już wszystko jedno. Östlundowi chyba też, skoro młot paternalistycznej krytyki odkłada dopiero w momencie, gdy dookoła widać gruzy (ciekawe, jak nieznośnym filmem byłby "Sweat", gdyby podobną ścieżką podążył Magnus von Horn). W wywiadach z reżyserem czytamy o doświadczeniu "służby" w luksusowych, alpejskich kurortach, gdzie na własnej skórze odczuł skutki podobnego układu sił. "Triangle of Sadness", ni mniej, ni więcej, wygląda po prostu jak zemsta po latach. Petarda w trzewiku Balenciagi i sztuczne odchody pod złotą klamką. 
1 10
Moja ocena:
6
Michał Walkiewicz
Dziennikarz filmowy, redaktor naczelny portalu Filmweb.pl. Absolwent filmoznawstwa UAM, zwycięzca Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2008), laureat dwóch nagród Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
75% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (16 głosów).