Recenzja filmu

Złoto (2022)
Anthony Hayes
Zac Efron
Anthony Hayes

Spalony słońcem

W narracji podtrzymywanej w całości na barkach głównego bohatera przydałoby się rozszerzyć zestaw jego motywacji o coś więcej niż zgubną chciwość. Inaczej ekranowe konflikty stają się płytkie i ...
Australijskie kino od lat słynie z wyrazistych filmów eksploatacyjnych i survivalowych, które inspirują reżyserów na całym świecie. Znawcy tematu ukuli nawet termin ozploitation, by zaznaczyć odrębność tamtejszych dzieł tworzonych za niewielkie pieniądze, lecz wyróżniających się inscenizacyjną inwencją i kreatywnym podejściem do konwencji gatunkowych. Symbolem nurtu pozostaje oczywiście nieśmiertelna seria "Mad Max", wznosząca postapokaliptyczne kino akcji na artystyczne wyżyny. Do ozploitation odwołuje się też nowa generacja australijskich autorów, na czele z Davidem Michôdem, który niedawno zachwycił szorstkim i bezlitosnym filmem "Rover". W ślady utytułowanego kolegi po fachu poszedł Anthony Hayes, rozpoznawalny przede wszystkim jako aktor (pamiętne kreacje w "Machinie wojennej" i "Królestwie zwierząt"). "Złoto", czyli drugi pełny metraż wszechstronnego filmowca, blaknie jednak w zestawieniu z cenniejszymi reprezentantami australijskiego kina gatunków i przypomina raczej ich b-klasową podróbkę. 



Fabuła jest obraźliwie prosta. Bezimienny mężczyzna przyjeżdża pociągiem do zapomnianej przez Boga i ludzi miejscowości, gdzie ma spotkać się z kimś, kto zawiezie go do tajemniczej Strefy. Protagonista wygląda nietęgo – jego przeorana bliznami twarz i zgaszone spojrzenie zdradzają traumatyczną przeszłość, a lakoniczne wypowiedzi przekonują, że nie przepada za cudzym towarzystwem. W końcu on i nieco starszy kierowca wyruszają w samochodową podróż przez nieprzyjazne, odcięte od wody pustkowia. Kiedy silnik się psuje, wymuszając krótki postój, bohater natrafia na złoto gdzieś pośrodku pustyni. Opracowuje wspólnie z towarzyszem plan: on będzie czuwał nad znaleziskiem, podczas gdy kierowca uda się do znajomego po koparkę i wróci za klika dni, by wydobyć kruszec. W tym punkcie zaczyna się właściwa opowieść o sztuce przetrwania i twardej męskości wystawionej na morderczą próbę.

Przekornie, rozpocznę od pochwał za wizualny kształt filmu. Operator Ross Giardina komponuje wypłowiałe, skąpane w żółciach i brązach kadry, które jednocześnie eksponują nieziemską urodę australijskich rubieży i podbijają posępną, beznadziejną atmosferę. Choć zdejmowane z góry i filmowane w szerokich planach krajobrazy przypominają wyzutą z życia, postapokaliptyczną krainę, fascynują surowym pięknem i monumentalnością, sprawiając, że bohaterowie wydają się tylko mróweczkami pośród piaszczystego morza. Inna sprawa, iż trudno wyobrazić sobie, by na tak imponującym widokowo terenie, jakikolwiek autor zdjęć mógł zepsuć swoją robotę. Doskonale dobrany klucz estetyczny nie przesłania niestety mielizn i banałów fabularnych. Hayes nie zrobił nic, żeby zamienić "Złoto" w przewrotny i chwytający za gardło thriller survivalowy, zadowalając się wytartymi do spodu motywami cielesnej udręki, popadania w szaleństwo czy przechodzenia protagonisty przez moralny test. Najgorsze, że majaczące na drugim planie, intrygujące tropy związane z australijskimi lękami przed chińską kolonizacją, wyzyskiem taniej siły roboczej oraz wyniszczającą twardych samców samotnością, zostają zarzucone w mgnieniu oka. Zamiast tego musimy obserwować konwulsyjne, bliskie niezamierzonej parodii aktorstwo Zaca Efrona w roli głównej, wyczekiwać obowiązkowego pojawienia się na horyzoncie nieznajomej twarzy i słuchać nocnego wycia krwiożerczych psów. Jeszcze zanim znajdziemy się sam na sam z hollywoodzkim gwiazdorem tarzającym się po piasku i budującym szałas, historia wzbudza autentyczną ciekawość, bo nie wiemy, w którą uliczkę skręci. "Złoto" mogłoby być równie dobrze westernem, kinem zemsty, a nawet… kumpelskim filmem drogi. Reżyser nie wziął jednak przykładu ze wspomnianego Michôda, choć przeraźliwie gorzki finał każe (naiwnie?) wierzyć, że w jego drugim dziele tkwił większy potencjał.



Wrócę na moment do Efrona, bo jego udział w australijskim projekcie wydaje się znamienny. Amerykanin, podobnie jak niegdyś Robert Pattinson, stara się zerwać z łatką pięknego chłopca i idola nastolatek, którą przyklejono mu po kolejnych odsłonach "High School Musical". Ostatnimi czasy pojawił się przecież jako seryjna morderca Ted Bundy w "Podłym, okrutnym, złym" i dziki imprezowicz w "Plażowym haju". W "Złocie" natomiast, czy to z powodu mizernego scenariusza czy własnych ograniczeń warsztatowych (wybór należy do Was), wypada naprawdę blado. Szczątkowa ekspresja ucharakteryzowanej kiczowato twarzy Efrona i imitowanie rozpadu jego wysportowanego ciała nie wystarczą, by emocjonalnie zaangażować nas w tragiczne losy bezimiennego bohatera. Zarzucanie psychologicznej jednowymiarowości postaci byłoby w przypadku takiego kina nie na miejscu, lecz niewyraźny zarys przeszłości mężczyzny czyni z niego ten typ człowieka-zagadki, której nawet nie chce nam się rozwiązywać. W narracji podtrzymywanej w całości na barkach głównego bohatera przydałoby się też rozszerzyć zestaw jego motywacji o coś więcej niż zgubną chciwość. Inaczej ekranowe konflikty stają się płytkie i niezajmujące, a dramaturgiczna stawka zamiast rosnąć, szybko wyparowuje. Jak na ironię, współpraca Hayesa i Efrona nie ozłoci zatem żadnego z nich.  
1 10
Moja ocena:
4
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
43% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (14 głosów).