Słodziapokalipsa

Licząca sobie ponad cztery miliardy lat historia naszej planety jest tak długa i bogata, że trudno mówić o Ziemi per "nasza". Bo radzono tutaj sobie doskonale bez ludzi, a i nikt już nie będzie o ...
"Biomutant" - recenzja
Licząca sobie ponad cztery miliardy lat historia naszej planety jest tak długa i bogata, że trudno mówić o Ziemi per "nasza". Bo radzono tutaj sobie doskonale bez ludzi, a i nikt już nie będzie o nas pamiętał, ani za nami tęsknił, gdy kiedyś nareszcie wygaśnie kosmiczny termin przydatności tej zalanej oceanami, ubłoconej przez człowieka skały.



Landrynkowy świat szykowanej już od dawna gry niewielkiego studia Experiment 101 to istna próba wyobrażenia sobie tego, co mogłoby się wydarzyć, gdybyśmy zeszli ze sceny. Oczywiście nadal jest to perspektywa komfortowo antropocentryczna, bo jednak mamy do czynienia ze zwierzakami o postawie wyprostowanej i myślącymi po ludzku, acz porozumiewającymi się chrząknięciami i pomrukami. Trudno orzec, co się tutaj dokładnie zdarzyło, bo zarówno losy planety, jak i życiorys naszego bohatera, będziemy dopiero odkrywać, ale fakty są takie, że gdziekolwiek pójdziemy, czeka nas śmierć.



Żadna to nowość dla graczy, lecz świat "Biomutanta" stawia ograniczenia wynikające z jego natury i budowy, czyli niektóre jego obszary dotknięte są skutkami katastrofy biologicznej. Stąd tu i tam nie pooddychamy zbyt długo bez odpowiedniego sprzętu, a żeby móc przeżyć gdzie indziej, będzie trzeba napakować swoją postać punktami odporności na temperaturę czy toksyny. Co więcej, nie wszystkie zwierzęta są na podobnym do nas poziomie ewolucyjnym i gdziekolwiek poleziemy, tam znajdziemy dzikie bestie, mające chrapkę na nasze mięso. Nie wszystkie stworzenia są, na szczęście, groźne, część da się nawet oswoić i pomykać na ich grzbiecie niczym kowboj po bezdrożach. Kluczową rolę w całej tej intrydze pełną jednak członkowie zamieszkujących te ziemie plemion, z których każde ma swoją kulturę i cele.



I już na początku gry staniemy przed wyborem, do kogo przystaniemy, a od naszej decyzji, jak to zwykle bywa, zależeć będą dalsze losy tego nie do końca jeszcze straconego świata. Zanim jednak przejdziemy choćby jeden kroczek, prosty edytor postaci pozwoli nam określić preferowaną klasę naszego bohatera, od mocarza o niskim intelekcie do cherlaka potrafiącego w mgnieniu oka rozwikłać każdą zagadkę. Kto ze sceptycyzmem przeczytał tę uwagę o prostocie edytora, niech nie buduje sobie na tej podstawie opinii na temat całej gry, bo naprawdę mamy do czynienia z RPG pełną gębą. Podczas niektórych sesji zdarzało mi się więcej czasu spędzić na optymalizacji umięjętności mojej postaci i udoskonalaniu ekwipunku, niż graniu per se. Bo można tu zmodyfikować niemalże wszystko. Fani ciągłego przełączania między jednym a drugim menu i żonglowania punktami pozwalającymi albo nauczyć się nowych ciosów ichniejszego kung-fu, albo rozbudować określone statystyki czy umiejętności, będą czuli się jak u siebie. Dla mnie jednak możliwość modyfikacji niemal każdej części uzbrojenia, od rękojeści do lufy, wydał się aż przesadnie rozbudowany, lecz co kto lubi.



Zresztą dowolność wyboru jest dewizą przyświecającą szwedzkiemu teamowi – choć od ram scenariusza się nie ucieknie – i od pierwszego wyjścia z bunkra możemy robić to, na co mamy ochotę. I siłę. Można nawet machnąć ręką na główne story i iść, gdzie się chce, wykonywać misje poboczne, rozwijać postać, zbierać złom i grzebać przy sprzęcie. Wtedy, jeśli zaufać niewielkiej ekipie Experiment 101, można siedzieć z "Biomutantem" i ponad sześćdziesiąt godzin. Jako że rzadko recenzent może sobie na takie luksusy pozwolić, dodam, że sam główny wątek to mniej więcej jedna czwarta tego czasu.



Kluczowym konceptem fabularnym gry jest jego rychła i ostateczna (czyżby?) zagłada, której możemy spróbować zapobiec lub przyłożyć do niej rękę. Niektóre z plemion uważają bowiem, że dla świata nie ma już nadziei i trzeba zbudować nowy na jego gruzach. Inne z kolei chcą spróbować ratować to, co jest. Gra każe nam tym samym wybierać między mrokiem a światłością, są tutaj nawet archetypiczni diabełek i aniołek. Sam przystąpiłem do pierwszego lepszego plemienia, które przypomina swoją strukturą i anturażem feudalną Japonię, tym samym opowiadając się za zniszczeniem planety.

Później można, niczym Sanjuro ze "Straży przybocznej", wypowiadać swoją lojalność jednym i przysięgać ją drugim, atakować posterunki niegdysiejszych sojuszników, rozświetlić mrok lub zgasić światłość i zmieniać poglądy szybciej niż posłanka Pawłowska. Ma to wszystko wpływ nie tylko na zakończenie tej przygody, ale i na dostępny arsenał (każdy klan posiada bowiem swój wyjątkowy oręż) oraz opcje dialogowe i stosunek innych postaci do naszej, lecz, szczerze mówiąc, nie zauważyłem jakichś radykalnych różnic. A skoro przy rozmowach jesteśmy, polecam szczerze wyłączenie narratora tłumaczącego nam świat. Jest on wybitnie irytujący, niemalże jak męczące bóstwa z nieco bogatszego kuzyna "Biomutanta", czyli "Immortals: Fenyx Rising".



Zresztą obie gry mają ze sobą sporo wspólnego, z tym że debiut Experiment 101 pozbawiony jest felerów, którymi naszpikowane są częstokroć ubigame’y, czyli nie przeładowuje się tutaj mapy licznymi znacznikami, ale daje swobodę odkrywania. Z drugiej strony, choć świat jest fajnie zaprojektowany, nie da się ukryć, że mamy do czynienia z grą AA, która bardzo chciałaby mieć budżet gry AAA, ale ambicje nieco przerosły studio. Kolejne duże patche, którymi lepiono grę jeszcze przed premierą, nie naprawiły wszystkich niedoróbek, technicznych i "mechanicznych".

Bije się tutaj świetnie, strzelaniny są dynamiczne, ale lock-on jest tak niedoskonały, że często moje combosy, poskładane mozolnie z piąchy i pistoletu, szły przeciwnikowi pod pachą. Ładny świat, niby duży i zróżnicowany, często tylko markuje owe zróżnicowanie, bo i tak łazimy szaroburymi korytarzami. Łamigłówki są częstokroć tylko zbędnym zawróceniem głowy i urozmaiceniem dorzuconym dla samego urozmaicenia. Bossowie… okej, tu nie mam się o co przyczepić, chociaż z drugiej strony to chyba jedyne momenty, kiedy swobodę będącą wyróżnikiem "Biomutanta" akurat się graczom odbiera, bo bodaj każdego trzeba pokonać sposobem i przy pomocy określonego sprzętu. Lista, uwierzcie mi, jest znacznie dłuższa.



Obserwując ogromny przedpremierowy hype na ten tytuł, zastanawiam się, czy czeka mnie lincz za wystawioną poniżej ocenę, czy jednak gracze zgodzą się z tym, że no, niestety, nie wszystko się udało. Szczęśliwie, tak jak i słodziak z grafiki promocyjnej, mamy wybór, jak wydać nasz hajs.
1 10
Moja ocena:
6
Bartosz Czartoryski
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
54% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (13 głosów).
Udostępnij: