Zespół Squanch Games, zdając sobie sprawę z rutyniarskiego charakteru gunplayu (z gadającej broni też już uleciała świeżość i, cokolwiek by mówić, brakuje Kenny’ego), doładowuje jednak swoją grę
Kojarzycie zapewne ten odcinek Pasa Oriona, przez który sunęły płonące statki bojowe? I te rozbłyski świetlne przy Wrotach Tannhäusera? O, to tam nasz bohater zapaskudził skafander i bynajmniej nic nie rozpłynęło się jak łzy na deszczu. Kloaczny humor zderzony z powagą wynikającą z samego bezkresu kosmosu to nie mój wymysł, ale recepta na dowcip opracowana przez ekipę stojącą za omawianym tytułem, choć, uwierzcie mi, jestem dużo, dużo subtelniejszy niż studio Squanch Games. Założone przez Justina Roilanda (połowę duetu odpowiedzialnego za kreskówkę dla dorosłych "Rick i Morty") od samego początku operowało żartem na granicy dobrego smaku, który jednak sprawdzał się wybornie dzięki jego intelektualnej podszewce.
Squanch Games
Tego pana już z nami nie ma z powodu oskarżeń o przemoc domową, ale nie zaszkodziło to ani jego niegdysiejszej firmie, ani sequelowi ich przebojowej gry. Bo "High on Life 2", mimo że pozbawione talentu dubbingowego Roilanda (szybkostrzelny Kenny, byłeś dobrym kumplem), jest godną kontynuacją tamtej gry, która to, co tamta robiła dobrze, robi lepiej. Status quo przez tych parę lat zmieniło się diametralnie, choć nie na długo. Po pozbyciu się galaktycznego kartelu handlującego dragami z ludzi, dziarski Łowca Nagród stał się celebrytą, co przybliża nam interaktywny montaż z początku gry. Ale łaska opinii publicznej na pstrym koniu jeździ, stąd kiedy chcemy zrobić coś dobrego, czyli udaremnić działania intergalaktycznej korporacji farmaceutycznej, która chce przerabiać Ziemian na pigułki, prędko zostajemy wyjęci poza społeczny nawias. Z kapitalizmem wojować można jednak nie tylko piórem, ale i spluwami.
Squanch Games
Zadaniem Łowcy Nagród, zwanego tutaj także Wyjętym Spod Prawa, jest pozbycie się pozaziemskich istot znajdujących się wysoko w porządku dziobania owej firmy, a zadanie to mają nam umożliwić gadające giwery, jedna z głównych atrakcji "High on Life 2". Powracają druhowie z poprzedniej części, ale i zjednamy sobie nowych towarzyszy, zresztą całkiem dosłownie, bo pierwsza spluwa, którą rekrutujemy, Travis, namawia nas do wspólnej pijatyki i awantur, od czego uzależnia dalszą przyjaźń. Praktycznie każda misja, która rozpoczyna się jak zwyczajny kontrakt na czyjąś głowę, niesie ze sobą niespodziankę. Niekiedy będzie to jakaś minigra (jestem pełen podziwu, ile mechanik musiano tutaj opracować), innym razem dobrze poprowadzona narracyjnie sekwencja, a już na starcie otrzymamy chociażby możliwość rozwiązania klasycznej zagadki kryminalnej. Owe świetnie zainscenizowane fragmenty wyróżniają się jednak na tle ogólnej rozgrywki na tyle, że ta wypada na ich tle jako konieczny przerywnik, co jest, jak sądzę, efektem odwrotnym od zamierzonego. Nie chcę przez to powiedzieć, że naparza się niefajnie, nic z tych rzeczy, ale jednak samo strzelanie jest chyba aż za bardzo uproszczone jak na shooter. Mamy bowiem niekończącą się amunicję, słabe upgrade’y broni i mało użyteczne alternatywne tryby ognia, stąd latamy po zwykle zamkniętym kawałku planszy, aż wybijemy wszystkich i będziemy mogli pójść dalej, gdzie dzieje się ciekawej i gdzie, częstokroć, nie będziemy pociągać za spust.
Squanch Games
Zespół Squanch Games, zdając sobie sprawę z rutyniarskiego charakteru gunplayu (z gadającej broni też już uleciała świeżość i, cokolwiek by mówić, brakuje Kenny’ego), doładowuje jednak swoją grę multum innych atrakcji, które rekompensują powtarzalne strzelaniny. Bossowie są odpowiednio ordynarni, głośni i niebezpieczni, zadania świetnie napisane, no i możemy poruszać się na deskorolce, która umożliwia prowadzenie jeszcze bardziej dynamicznej wymiany ognia, i to w wymiarach horyzontalnym i wertykalnym. Jest to świetny dodatek i aż żal, że możliwości modyfikacji deski są jedynie nominalne. Choć w tej części mamy aż trzy huby, po których możemy się poruszać, użytecznych miejsc nie ma aż tak dużo, za to sama eksploracja tego kolorowego, chaotycznego świata daje sporo frajdy i nie raz będziecie łapać się na tym, że zbaczacie z wytyczonej ścieżki. Zresztą nadrzędna zaleta "High on Life 2" to humor, a ten jest nadal znakomity, raz do bólu cringe’owy, raz refleksyjnie intertekstualny, i to dowcip stanowi fundament tego świata i rozgrywki, jego budulec oraz zwieńczenie. I choć sama – udana! – gra żartem nie jest, nic z tych rzeczy, to porządna, przemyślana produkcja, częściej bezwiednie uniesiecie kąciki ust, niż spocicie łapy zaciśnięte na padzie. Czas sztachnąć się życiem.
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu