Glutami piekło jest wybrukowane

Fabularnie i tonalnie "Toxic Commando" nie ma praktycznie żadnego punktu stycznego z bogatą twórczością amerykańskiego reżysera i scenarzysty. Ale nie jest to też cyniczny skok na kasę. Carpenter
Gdziekolwiek człowiek spojrzy, tam koniec świata: na oceanicznym dnie, pośród gwiazd i, a jakże, bliżej jądra Ziemi. Dlatego też chyba tylko naiwniaka zaskoczy, że jak człowiek zaczął odwierty na głębokościach cokolwiek podejrzanych, dokopał się do apokalipsy. Pod planetarną skorupą czyhają bowiem pradawne stwory żądne władzy. Innymi słowy: stamtąd Cthulhu wyszli.



Kogo się dziwi, że do tego projektu doklejono Johna Carpentera, niekwestionowanego mistrza filmowego horroru, ten dziwi się całkiem słusznie, bo fabularnie i tonalnie "Toxic Commando" nie ma praktycznie żadnego punktu stycznego z bogatą twórczością amerykańskiego reżysera i scenarzysty. Ale nie jest to też cyniczny skok na kasę. Carpenter jest zapalonym graczem i kocha postapokaliptyczne strzelanki, stąd wjechał w ten projekt jak zły, podrzucił parę sugestii i skomponował muzykę. Zapewne zrobił to dla siebie, aby móc usiąść i spokojnie sobie postrzelać.



Wstydu mu omawiany tytuł bynajmniej nie przyniesie, bo studio Saber Interactive zjadło zęby na akcyjniakach, w których grzejemy do hord maszkar różnej prowieniencji. Tutaj prujemy do nieumarłych, do zombie zrodzonych z mazi, która rozlała się po świecie. Stwory te może atomu nie rozszczepią i mózgi mają rozmiaru orzeszka (po prostu lecą prosto na nas z rozdziawionymi japami), ale za to są ich dziesiątki, setki nawet. I tym lepiej dla graczy, bo frajdy z ostrzeliwania się z ulubionego karabinu maszynowego jest tutaj sporo. Owszem, są też i zabójcze roślinki, trupy wybuchowe i trupy przerośnięte, ale wszystko jednako kładzie się pokotem pod naporem kul.



Toksyczne Komando to mało sympatyczna paczka, której bardziej niż na losach świata zależy na zasobności portfela, ale co mają zrobić, zrobią porządnie. Niezależnie od tego, czy gramy samotnie, czy przez sieć, wybieramy sobie najemnika lub najemniczkę, określamy klasę – od żołnierza szturmującego przez medyka do gościa osłaniającego tyły – i zostajemy zrzuceni na jedną z jak na razie ośmiu dostępnych map. Tam wykonać należy szereg zadań, zwykle polegających na rozwaleniu czegoś (choć z urozmaiceniami; fajowa jest chociażby misja, w której przez pustkowia jedziemy pancernym pojazdem roztaczającym osłonę przed promieniowaniem) i przyszykowaniu się do wielkiego finału, polegającego na odparciu szturmu zombie. Owszem, jest to schematyczne, ale z rzadka nudne, bo strzelanie to czysta przyjemność, a potwory rozpryskują się jak purchawki. Szkoda tylko, że kampania jest króciutka i jeśli ktoś nie ma chęci grać potem przez sieć, z przypadkowymi ludźmi zamiast z botami lub z kump(e)lami, nie zabawi tutaj długo.



Zwłaszcza że dopakowywanie postaci i broni jest cokolwiek mozolne, wymaga grindu i, szczerze mówiąc, nie czułem ogromnej potrzeby, aby przebijać się przez wszystkie dostępne możliwości upgrade’u arsenału lub samego zawodnika, bo sytuacja tego ode mnie nie wymagała. Różnice między spluwami są wyjściowo niewielkie, ze wszystkiego strzela się podobnie, wyjąwszy strzelby czy działka energetyczne, więc jak już zdecydujecie się na wygodną giwerę, gra raczej nie zachęci do dalszego eksperymentowania. Za to same plansze, których przemierzanie kojarzyło mi się nieco z eksploracją z serii "Far Cry", są nader ciekawe, bo "Toxic Commando" ma feeling gry drogi, gdzie wymagane jest bycie w ciągłym ruchu. Zamiast z buta, możemy, a nawet wypada to zrobić, jechać którymś z dostępnych aut. Te posiadają różne bajery. Radiowóz ulega kontrolowanemu samozniszczeniu, ambulans leczy, pickup ma działko na pace, gdzie indziej nie wjedziemy bez wyciągarki montowanej jedynie na naszym taranie bojowym, i tak dalej, i tak dalej.



A to zdecydowanie pomaga, bo bez aktywnego przemieszczania się po mapie i zbierania różności, na czele z kryształami, za które kupujemy bajery w hubie między misjami, oraz częściami zamiennymi pozwalającymi nam uruchomić sprzęty stacjonarne, utrudniamy sobie finałową potyczkę. Klęska oznacza konieczność powtarzania mapy od początku, tracimy też punkty doświadczenia i, ogółem, to nic przyjemnego. Stąd "Toxic Commando" sprytnie każe nam spędzić w danej lokacji jak najwięcej czasu, umilając nam go jednak niekończącymi się falami zombie, które nie ustaną, póki nie skasujemy Boga Mazi. Nie zwlekajcie, gluty już zasychają.
1 10
Moja ocena:
7
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?