Recenzja gry Life is Strange 2 (2018)
Raoul Barbet
Michel Koch

Życie w odcinkach

Nie znając mechaniki ani nie mając już na starcie emocjonalnego stosunku do (nie licząc pomniejszych gier z serii) dylogii od Dontnod, miałem przed sobą zupełnie niepowiązaną z niczym przygodę o ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
Od razu pozwolę sobie wyprosić słonia z salonu i przyznać, że pierwsze "Life is Strange" mnie ominęło, co z jednej strony nie pozwala mi obu gier – rzeczonej oraz recenzowanej poniżej – ze sobą porównać, ale z drugiej daje, jak mniemam, świeżutką perspektywę. Bo tamten tytuł cieszył się niemałą estymą i rozstanie z lubianymi postaciami nie wszyscy gracze, zdaje się, przełknęli gładko. Nie znając mechaniki ani nie mając już na starcie emocjonalnego stosunku do (nie licząc pomniejszych gier z serii) dylogii od Dontnod, miałem przed sobą zupełnie niepowiązaną z niczym przygodę o dwóch braciach, opowieść drogi przez amerykańskie lęki i bolączki, historię o dojrzewaniu do odpowiedzialności oraz intrygującą fabułę. A do tego nie do końca udaną grę.

photo.title

Bo jednak sporo tutaj waty, aż za dużo kręcenia się po okolicy, robienia rzeczy trywialnych i prowadzenia banalnych dyskusji. Ktoś mógłby rzec, że to środek do celu, czyli zbudowania namacalnego i realnego świata, podejmowania pozornie tylko błahych decyzji, które jednak składają się na naszą codzienność, ale, parafrazując bodajże Alfreda Hitchcocka, gra, kiedy próbuje imitować życie, powinna pozbyć się nudnych scen. I chyba największą bolączką "Life Is Strange 2" będzie nieprecyzyjne wyważenie treści, brak dbałości o odpowiednie tempo, bo sekwencje wprost fenomenalne sąsiadują tu z mozolnym czytaniem generycznych kwestii dialogowych. Zastanawiające były też długie odstępy pomiędzy kolejnymi odcinkami – na grę składa się pięć części, premiery których dzieliły nieraz całe miesiące; łącznie na całość trzeba było czekać przeszło rok – co mogło, jak sobie tłumaczę, imitować rzeczywisty upływ czasu, bo nasi bohaterowie, nastoletni Sean i dziewięcioletni Daniel, chcą dotrzeć do Meksyku aż z położonego hen daleko na północ Seattle. Każdy rozdział to kolejny odcinek ich piekielnie trudnej podróży.

photo.title

A uciekają z rodzinnego miasta po tym, jak ich ojciec zostaje zastrzelony przez spanikowanego policjanta; zderzony z traumatycznym doświadczeniem Daniel odkrywa wtedy moc telekinezy i, nieświadomie, niemalże zrównuje z ziemią pół ulicy. Przekonany o tym, że jedynym bezpiecznym miejscem dla niego i brata jest to pod babcinym dachem, Sean bierze brata pod pachę i razem ruszają w wyprawę, która swój finał znajdzie przy rzucającym złowieszczy cień murze dzielącym oba kraje. Wszystkie wydarzenia obserwujemy z perspektywy starszego chłopaka, dla którego owa odyseja jest doświadczeniem inicjacyjnym, zmuszony jest bowiem dorosnąć z dnia na dzień, być dla Daniela nie tylko rodzeństwem, ale i figurą ojcowską. Stąd nasze wybory, na pierwszy rzut oka mało znaczące, jak kradzież batonika z zaparkowanego przy wjeździe do parku auta, będą miały wpływ na postrzeganie świata przez młodszego z braci, na jego moralny kodeks. I będzie rzutować na jedno z siedmiu możliwych zakończeń. Innymi słowy, czym skorupka za młodu nasiąknie, tego owoce zbierzemy. Wyjątkowe umiejętności, którymi obdarzony jest chłopiec, w oczywisty sposób uatrakcyjniają tę opowieść, ale, zgodnie ze słynnym komiksowym credo, z wielką mocą nieodłącznie wiąże się wielka odpowiedzialność. Tego też będziemy musieli Daniela nauczyć. Oczywiście Sean nie jest tu nieistotny, decydujemy również o jego losie, od pierwszych seksualnych doświadczeń do zmieniającego się na przestrzeni miesięcy stosunku do brata.

photo.title

Konstrukcja fabularna "Life Is Strange 2" niejako wymusza ciągły ruch, choć niekiedy nie jest on dobrze umotywowany, ale takie już prawidła gry. Za to formuła opowieści drogi pozwoliła na całkiem odważną publicystyczną wypowiedź, bo spotkania i zdarzenia, których co chwilę doświadczają Sean i Daniel, są częstokroć pretekstem do zderzenia gracza z palącymi problemami rasizmu, uprzedzeń i amerykańskiej polityki emigracyjnej oraz kwestią tożsamości kulturowej znaturalizowanej społeczności meksykańskiej. A to niemało. Tyle że pretekstowy gameplay niewymagający od nas niczego ponad wybór kierunku rozmowy czy danej czynności poprzez naciśnięcie pojedynczego przycisku bywa, po prostu, nużące, szczególnie że spulchniaczy i wypełniaczy tu nie brak. Ale, przyznaję, ogląda się ten swoisty serial całkiem nieźle.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
Bartosz Czartoryski
ocenia tę grę na:
1 10 7/10 dobra