Rytuał kanalizacji

Ostatnie lata są wyjątkowo tłuste dla fanów "Monster Huntera". "World" ze swoim zimowym dodatkiem wprowadziło markę na salony, zamieniając wytykanego palcami dziwaka w popularnego gościa, z ...
"Monster Hunter Stories 2: Wings of Ruin" - recenzja
Ostatnie lata są wyjątkowo tłuste dla fanów "Monster Huntera". "World" ze swoim zimowym dodatkiem wprowadziło markę na salony, zamieniając wytykanego palcami dziwaka w popularnego gościa, z którym każdy chce się kumplować. Lekko odgrzewane "Generations Ultimate" dało switchowcom ułudę ich własnej odsłony łowów na wielkie potwory. Ostateczne spełnienie znaleźli oni jednak dopiero w orientalnym "Rise". Co jednak z tymi, którzy nie radzą sobie z wymachiwaniem wielkim młotem, a muzyka płynąca z ich rogu łowieckiego zostaje przerwana niczym hejnał mariacki, bo weszli na czołówkę z pędzącym Diablosem? Mam dla nich dobrą wiadomość, bo "Monster Hunter Stories 2: Wings of Ruin" powinno sprawić niesamowitą frajdę graczom, których przerastają doroślejsze łowy.



Z tym nowym "MonHunem" jest trochę jak z fabułą "Pokemonów". Starszyzna wioski niezbyt zważa na nasz wiek i gdy guano uderza w wiatrak, bez mrugnięcia okiem wpycha nam pod siodło wielkiego jaszczura. Jednocześnie, z uśmiechem na ustach wykopuje stworzoną przez gracza postać poza obrzeża bezpiecznego schronienia, oświadczając, że losy świata, harmonia między ludźmi a potworami oraz dobrobyt miast i wsi spoczywają w naszych nastoletnich rękach. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie szalejący Rathalos, zdradliwa plaga otępiająca lokalną faunę i tajemniczy łowca podążający naszymi śladami.



"Monster Hunter Stories 2" mocno upraszcza mechaniki znane chociażby z "World", dając chwilę wytchnienia nowicjuszom. Zacznijmy od dania głównego, jakim jest walka. Tutaj planowanie kolejnego posunięcia i obserwowanie każdego ruchu wroga odbywa się w nieco mniej dynamiczny sposób. Każdy ze spotkanych potworów ma przypisany jeden podstawowy atrybut: moc, szybkość lub atak techniczny. Zwalczają się one wzajemnie w myśl zasady papier-kamień-nożyce. Jednakże, w trakcie kolejnych tur musimy mieć na uwadze nie tylko te zależności. Z biegiem czasu okaże się, że potwory mają różne wrażliwości na broń. Co więcej, ich części ciała też mają swoje mocniejsze i słabsze punkty. Nie ma wtedy co zwlekać, bo nic nie punktuje drużyny bardziej niż rozsierdzona Legiana. Ta latająca bestia jest wrażliwa na ataki techniczne. Poirytowana rozumie tylko szybkie, karzące ciosy. Gdy wzbije się w powietrze warto celować w jej skrzydła mocnymi, podcinającymi zamachami. Stopniowe komplikowanie mechanik sprawia, że gra nie nudzi się po pierwszych kilku godzinach i utrzymuje uwagę gracza przez długi czas.



Historia rozgrywa się w bardzo prostej sekwencji zdarzeń. Otrzymujemy zadanie polegające na pozbyciu się potworka "A". Następnie przedzieramy się przez ogromny biom, zbierając robaczki, paprotki i kamulce, od czasu do czasu krzyżując ostrza z żądnymi krwi bestiami. Na plus dorzucam aktywujące się w pewnych momentach szybkie starcia, dzięki którym będziemy mogli grindować składniki niezbędne do wytwarzania oręża i pancerzy bez konieczności angażowania się w długie i mało znaczące potyczki.



Nasz początkowy towarzysz nie należy niestety do najsilniejszych, więc gros czasu spędzimy na poszukiwaniu bardziej wyrazistych pupili. By tego dokonać, musimy bezczelnie podkradać jaja z okolicznych gniazd. Zgodnie z twierdzeniem kociego ziomeczka, im cięższe i ładniej pachnące jajo, tym rzadszy potworek w nim drzemie. Wysiadywaniem jaj zajmuje się lokalny koleżkot, który wyrabia jednocześnie etat doktora Frankensteina. Zaawansowana inżynieria genowa pozwala na przenoszenie najlepszych cech między bestiami (niestety eksperyment ten przeżywa tylko jedno stworzenie).

A bestii będzie tutaj co niemiara i na ich różnorodność nie będziemy mogli narzekać. Trochę gorzej sprawa ma się z odwiedzanymi lokacjami, bo te bardzo szybko tracą świeżość, nudzą i zlewają się w jedno. Ciekawym urozmaiceniem są co prawda gorące źródła, które wyrzucają nas w bliżej nieokreślone miejsca na mapie, ale z większych niespodzianek to by było na tyle. Do odwiedzania wcześniej zaliczonych miejsc motywować mogą umiejętności potworków. Nie wszystkie kreaturki są dostępne od początku, więc wspinanie się po pnączach albo drążenie w ziemi będzie musiało przesunąć się w czasie.



Do czekających nas zmagań nie przystąpimy w pojedynkę. Gra przypisuje nam fabularnego towarzysza, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by do wyzwań zaprosić znajomego ze swoją kopię gry. "Monster Hunter Stories 2" posiada tryb multiplayer, w którym nie tylko wystartujemy ramię w ramię, ale też przeciwko innym graczom.

Moje początkowe wybuchy entuzjazmu zostały odrobinę przytłumione przez dwie rzeczy. Pierwszą z nich jest wyraźnie spadający klatkaż. I to nie tylko na otwartych terenach, ale i w scenkach fabularnych. Takie rzeczy nie powinny mieć miejsca i dobitnie przypominają o tym, jak wiele mocy przydałoby się Switchowi. 



Na naganę zasługuje też polskie tłumaczenie. W przeciwieństwie do "World" czy też "Rise", "Skrzydła Ruiny" przetłumaczone są niechlujnie i znacznie odstają od wymienionych tytułów. Przytoczony przeze mnie w tytule "rytuał kanalizowania" bardziej przywodzi na myśl Tadzia Norka wyłaniającego się z miejskiej kanalizacji aniżeli czynność polegającą na zmyślnym mieszaniu w puli genowej. A to tylko jeden z niewielu przykładów braku polotu i dosłownego tłumaczenia fraz z języka angielskiego na rodzimy.

"Monster Hunter Stories 2: Wings of Ruin" pod przykrywką ciepłej i uroczej opowieści o przyjaźni międzygatunkowej skrywa kawał interesującego i mającego szansę trafić do wszystkich jRPG-a. Jasne i klarowne zasady rządzące tym światem stanowią doskonałe wprowadzenie do mechanik zastosowanych w dużych odsłonach. Polowanie na pastelowego zwierza nigdy nie było tak przyjemne. Co ważne, nie musicie znać pierwszej części, by czerpać radość z wydarzeń rozgrywających się na ekranie.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
50% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).
Udostępnij: